Ryszard potrafił zapomnieć o rachunku za prąd, wydać pół wypłaty na niepotrzebne narzędzia albo pożyczyć koledze pieniądze bez żadnego pokwitowania.

Nie zabraniałam mu korzystać z konta. Pilnowałam tylko, żebyśmy najpierw opłacili mieszkanie, kupili leki i odłożyli coś na przyszłość.

— Bez ciebie dawno mieszkałbym pod mostem — żartował.

Po przejściu na emeryturę przestało go to jednak bawić. Coraz częściej narzekał, że go kontroluję.

— Muszę ci się tłumaczyć z każdej kawy — mówił.

— Nie pytam o kawę. Pytam, dlaczego w ciągu tygodnia wypłaciłeś trzy tysiące złotych.

— Człowiek po tylu latach małżeństwa powinien mieć trochę prywatności.

Pierwsze zmiany zauważyłam, gdy zapisał się na rehabilitację kręgosłupa. Nagle zaczął używać drogich perfum, kupił dwie nowe koszule i schudł kilka kilogramów. Przed wyjściem stał przed lustrem dłużej niż ja przed weselem córki.

Twierdził, że chce po prostu lepiej wyglądać.

Później pojawiły się wieczorne spacery. Ryszard zabierał telefon nawet do łazienki, a gdy przychodziła wiadomość, odwracał ekran.

Nie musiałam go śledzić. Prawdę pokazało mi konto.

Najpierw zobaczyłam płatność w sklepie jubilerskim. Potem rachunek z restauracji, do której nigdy mnie nie zabrał. W końcu pojawiła się opłata za pokój w hotelu oddalonym od naszego miasta o kilkadziesiąt kilometrów.

Wydrukowałam historię operacji i schowałam ją do teczki. Nie urządziłam awantury. Chciałam wiedzieć, jak daleko zamierza się posunąć.

Kilka dni później zadzwonił do mnie bank. Ryszard próbował zaciągnąć wysoki kredyt gotówkowy. Ponieważ od lat wspólnie korzystaliśmy z usług tej samej doradczyni, pracownica chciała upewnić się, czy wiem o planach męża.

Nie wiedziałam.

Ryszard założył osobne konto i wziął pożyczkę bez mojej wiedzy. Był przekonany, że skoro pieniądze nie przejdą przez nasz wspólny rachunek, nigdy się o nich nie dowiem.

Wieczorem wrócił z kwiatami.

Przez chwilę pomyślałam, że zrozumiał swój błąd. Postawił bukiet na stole, ale nie podał mi go.

— Musimy porozmawiać — powiedział. — Poznałem kogoś.

Miała na imię Sylwia i była od niego młodsza o dwadzieścia siedem lat. Pracowała w recepcji ośrodka rehabilitacyjnego. Według Ryszarda była ciepła, spontaniczna i patrzyła na niego jak na mężczyznę, a nie „starca z emeryturą”.

— Przy niej znowu czuję, że żyję — oznajmił. — Z tobą wszystko kręci się wokół rachunków i oszczędzania.

— A pieniądze z kredytu?

Drgnął.

— Skąd wiesz?

Położyłam na stole wydruki.

Ryszard przez chwilę milczał, a potem oświadczył, że zamierza zainwestować w salon kosmetyczny Sylwii. Lokal miał przynosić ogromne zyski. Po sprzedaży naszego mieszkania planowali kupić dom za miastem.

— Nie sprzedam mieszkania — powiedziałam.

Roześmiał się.

— Jestem twoim mężem. Połowa należy do mnie.

Nie pamiętał, że lokal odziedziczyłam po rodzicach jeszcze przed naszym ślubem. Przez lata traktowałam go jak wspólny dom i nigdy nie podkreślałam, kto figuruje w księdze wieczystej.

Ryszard pobladł.

— W takim razie należy mi się połowa oszczędności.

— Oczywiście. Po odliczeniu pieniędzy, które już wypłaciłeś i wydałeś na kochankę.

Tego wieczoru spakował walizkę. Krzyczał, że próbuję go upokorzyć, ponieważ nie potrafię pogodzić się z tym, że wybrał młodszą kobietę.

Wyprowadził się do wynajętego mieszkania. Sylwia podobno obiecywała, że wkrótce zamieszkają razem. Ryszard przelał jej pieniądze z kredytu oraz większość środków wypłaconych z naszego wspólnego konta.

Łącznie przekazał jej prawie sto tysięcy złotych.

Nie podpisał umowy pożyczki. Sylwia przekonała go, że formalności świadczyłyby o braku zaufania. W tytule przelewu wpisał „darowizna”, ponieważ tak mu poradziła.

Salon kosmetyczny nigdy nie powstał.

Po kilku tygodniach kobieta przestała odbierać telefony. Zniknęła z wynajmowanego lokalu, zamknęła profile w mediach społecznościowych i wyjechała. Dopiero wtedy Ryszard dowiedział się, że nie był jedynym starszym mężczyzną, któremu opowiadała o wspólnej przyszłości.

Pewnego wieczoru zadzwonił do moich drzwi. Stał na klatce z tą samą walizką, z którą odszedł. Wyglądał, jakby w ciągu dwóch miesięcy postarzał się o dziesięć lat.

— Mogę wejść? — zapytał.

— Po co?

— Popełniłem błąd. Ona mnie wykorzystała.

— A ty wykorzystałeś mnie. Różnica polega na tym, że ja cię kochałam.

Ryszard tłumaczył, że był oszołomiony, że Sylwia nim manipulowała i że każdy mężczyzna mógłby stracić głowę przy takiej kobiecie. Prosił, żebym pozwoliła mu wrócić i pomogła spłacić kredyt z naszych oszczędności.

— To nie jest nasz kredyt — odpowiedziałam. — Zaciągnąłeś go sam, żeby urządzić sobie życie beze mnie.

— Chcesz mnie zostawić z niczym?

— Zostawiłeś mnie pierwszy. Tyle że byłeś przekonany, że zabierzesz ze sobą pieniądze, mieszkanie i młodszą kobietę.

Nie wpuściłam go do środka.

Kilka dni później złożyłam pozew rozwodowy. Prawnik zadbał, aby wypłacone przez Ryszarda wspólne środki zostały uwzględnione przy podziale majątku. Nie spłaciłam ani jednej raty jego kredytu.

Mąż próbował jeszcze przekonać dzieci, że jestem bezduszna. Kiedy jednak zobaczyły wyciągi bankowe i wiadomości wysyłane do Sylwii, przestały mnie namawiać do pojednania.

Ryszard musiał podjąć dodatkową pracę, żeby spłacać zobowiązanie. Wynajął mały pokój na obrzeżach miasta. Kobieta, dla której porzucił małżeństwo, nigdy więcej się nie odezwała.

Przez lata powtarzał, że trzymam rękę na naszych pieniądzach zbyt mocno. Kiedy wreszcie wyrwał je z moich dłoni, oddał wszystko kobiecie, która nie chciała jego serca.

Chciała tylko portfela. A on sam szeroko go przed nią otworzył.