Pokłóciliśmy się po odejściu jego ojca. Syn uważał, że powinnam sprzedać mieszkanie i podzielić się z nim pieniędzmi, bo sama „nie potrzebuję trzech pokoi”.
Odmówiłam. To był mój dom. Razem z mężem spłacaliśmy go przez dwadzieścia siedem lat. Marek trzasnął drzwiami i przestał odbierać telefony.
Nie zaprosił mnie na urodziny wnuczki. Nie przyjechał, kiedy trafiłam do szpitala. O moim powrocie do domu dowiedział się od sąsiadki, ale nawet wtedy nie zadzwonił.
Dlatego zamarłam, gdy pewnego dnia usłyszałam jego głos w słuchawce.
— Mamo, dużo o nas myślałem — powiedział. — Nie chcę dłużej żyć w gniewie. Chciałbym odbudować naszą relację.
Rozpłakałam się. Przez trzy lata czekałam na te słowa.
Spotkaliśmy się w niewielkiej kawiarni. Marek przyniósł mi bukiet róż i przeprosił. Tłumaczył, że po odejściu ojca był zagubiony. Przyznał, że zachował się okropnie.
— Jesteś moją mamą. Żadne mieszkanie nie jest ważniejsze od ciebie — zapewnił.
Podczas drugiego spotkania przyszedł do mnie z zakupami. Naprawił cieknący kran, przesunął ciężką komodę i przez godzinę oglądał ze mną stare fotografie.
Zauważyłam, że robił telefonem zdjęcia salonu i sypialni.
— Po co fotografujesz moje pokoje? — zapytałam.
— Pokażę Ani, że nic się tutaj nie zmieniło — odpowiedział. — Zawsze mówiła, że masz najładniejszy salon w rodzinie.
Uwierzyłam.
Tydzień później Marek odwiedził mnie po raz trzeci. Tym razem nie przyniósł kwiatów ani zakupów. Położył na stole niebieską teczkę.
— Chciałbym, żebyś podpisała pełnomocnictwo — powiedział. — Tak na wszelki wypadek.
— Do czego?
— Do załatwiania spraw w banku, spółdzielni i urzędach. Gdybyś znowu trafiła do szpitala, mógłbym opłacić rachunki i odebrać dokumenty. Chcę się tobą opiekować.
Wzruszyłam się. Pomyślałam, że naprawdę się zmienił.
Marek podał mi długopis i wskazał miejsce na podpis.
— Przeczytam najpierw — powiedziałam.
— Mamo, to standardowy formularz. Nie musisz analizować każdego zdania.
Ta nagła nerwowość mnie zaniepokoiła. Założyłam okulary i zaczęłam czytać.
Dokument nie dotyczył wyłącznie rachunków. Pełnomocnictwo dawało Markowi prawo do dysponowania moimi kontami, wypłacania oszczędności, zaciągania zobowiązań, a nawet sprzedaży mieszkania i odebrania pieniędzy w moim imieniu.
— Dlaczego jest tu mowa o sprzedaży nieruchomości?
Syn westchnął.
— To tylko zabezpieczenie. Gdybyś przestała sobie radzić, trzeba byłoby szybko działać.
— Co to znaczy „działać”?
— Znaleźć ci coś mniejszego. Trzy pokoje to dla ciebie za dużo.
Poczułam znajomy chłód. Dokładnie tak samo mówił trzy lata wcześniej.
Zamknęłam teczkę.
— Zostaw dokument. Skonsultuję go z prawnikiem.
Marek natychmiast próbował mi go odebrać.
— Nie ma takiej potrzeby. Umówiłem nas jutro u notariusza.
Wtedy z teczki wysunęła się kartka. Był to wydruk ogłoszenia sprzedaży mojego mieszkania. Widniały na nim zdjęcia, które syn zrobił podczas poprzedniej wizyty.
„Przestronne mieszkanie do szybkiego wydania. Lokal wkrótce będzie wolny” — przeczytałam.
Cena również była już wpisana.
Pod ogłoszeniem znajdowała się odręczna notatka: „spłata kredytu — 180 tys., kawalerka dla mamy — do 220 tys.”.
— Wystawiłeś moje mieszkanie na sprzedaż? — wyszeptałam.
Marek pobladł.
Najpierw zaprzeczał. Potem przyznał, że ma poważne długi. Jego firma przestała przynosić dochody, a bank zagroził wypowiedzeniem kredytu. Wymyślił więc, że sprzeda moje mieszkanie, spłaci swoje zobowiązania, a mnie przeniesie do niewielkiej kawalerki na obrzeżach miasta.
— Nadal miałabyś gdzie mieszkać — tłumaczył. — A ja uratowałbym dom i rodzinę.
— Dlaczego nie powiedziałeś mi tego od razu?
— Bo wiedziałem, że się nie zgodzisz.
W jednej chwili zrozumiałam sens naszych trzech spotkań. Kwiaty, przeprosiny, zakupy i wspólne oglądanie zdjęć nie były początkiem pojednania. Były przygotowaniem do zdobycia mojego podpisu.
— Wyjdź — powiedziałam.
— Chcesz, żeby twoje wnuki straciły dach nad głową?
— A ty chciałeś zabrać dach nad głową własnej matce.
Marek uderzył dłonią w stół. Nazwał mnie egoistką. Powiedział, że mieszkanie i tak kiedyś będzie jego, więc tylko przyspiesza to, co nieuniknione.
— Dopóki żyję, ten dom jest mój — odpowiedziałam. — Nie jesteś jego właścicielem tylko dlatego, że jesteś moim synem.
Kiedy wyszedł, zadzwoniłam do ślusarza. Marek nadal miał klucz, który dostał wiele lat wcześniej. Następnego dnia skonsultowałam dokument z prawniczką. Potwierdziła, że podpis pozwoliłby synowi sprzedać mieszkanie bez pytania mnie o zgodę na każdą kolejną czynność.
Odwołałam także dawne upoważnienie do mojego konta i sporządziłam testament. Nie zrobiłam tego z zemsty. Chciałam mieć pewność, że o moim majątku zdecyduję ja, a nie ktoś, kto przypomina sobie o matce dopiero wtedy, gdy potrzebuje pieniędzy.
Marek już więcej nie zadzwonił.
Przez pierwsze tygodnie łudziłam się, że ochłonie i wróci. Potem zrozumiałam, że jego cisza była odpowiedzią na wszystkie moje pytania. Nie chciał odbudować naszej relacji. Chciał tylko zdobyć mój podpis.
Najbardziej bolało mnie nie to, że próbował przejąć mieszkanie. Bolało mnie, że przez trzy spotkania pozwalał mi wierzyć, iż odzyskałam syna.
Nie podpisałam pełnomocnictwa. Podpisałam za to koniec własnych złudzeń.