Byłam wzruszona, ponieważ od lat nie organizowaliśmy rodzinnych uroczystości. Upiekłam jego ulubiony sernik, wyjęłam ślubną porcelanę i kupiłam butelkę wina.
Mąż przez cały wieczór zachowywał się dziwnie. Prawie się nie odzywał, co chwilę zerkał na telefon, a gdy córka zapytała, co mi podarował, odpowiedział:
— Za chwilę wszyscy zobaczycie.
Myślałam, że przygotował niespodziankę.
Henryk sięgnął do teczki i położył przede mną kilka kartek.
— Może najpierw wyjaśnisz, gdzie zniknęły nasze pieniądze — powiedział.
Był to wyciąg ze wspólnego konta. Czerwonym długopisem zaznaczył wypłaty gotówki, zakupy w aptece oraz przelewy, które robiłam naszej córce, gdy przez kilka miesięcy pozostawała bez pracy.
— W ciągu roku wydałaś ponad dwadzieścia tysięcy złotych bez mojej zgody — oznajmił. — Traktujesz wspólne konto jak własny portfel.
Syn spojrzał na mnie z niedowierzaniem. Córka zaczęła tłumaczyć, że oddała mi część pieniędzy, ale Henryk nie pozwolił jej dokończyć.
— Nie chodzi tylko o przelewy dla ciebie — powiedział. — Wasza matka wypłacała gotówkę i niczego mi nie mówiła. Chcę rozdzielić finanse. Od jutra nie będzie miała dostępu do mojej emerytury ani oszczędności.
Zrozumiałam, że nie zaprosił dzieci, żeby świętować rocznicę. Chciał je mieć po swojej stronie. Zamierzał przedstawić mnie jako rozrzutną kobietę, której nie można ufać.
Nie krzyczałam. Wstałam od stołu, poszłam do sypialni i przyniosłam granatową kopertę.
Henryk pobladł, kiedy ją zobaczył.
— Skoro już rozmawiamy o pieniądzach, przeczytajmy cały wyciąg — powiedziałam.
Miesiąc wcześniej otrzymałam z banku wiadomość o dużym przelewie. Henryk zapewniał, że opłaca polisę samochodu, ale kwota wynosiła piętnaście tysięcy złotych. Następnego dnia poszłam do oddziału i poprosiłam o pełną historię rachunku z ostatnich dwóch lat.
Pracownica banku wydrukowała dwa egzemplarze. Jeden zabrał Henryk, ponieważ konto było wspólne. Drugi otrzymałam ja.
Dopiero porównując dokumenty, zauważyłam, że z jego kompletu zniknęło kilka stron.
Wyjęłam swój egzemplarz i położyłam go obok tego, który przyniósł mąż. Numery stron nie pozostawiały wątpliwości. Po stronie trzeciej u Henryka od razu następowała siódma.
Na brakujących kartkach widniały regularne przelewy do kobiety o nazwisku Małgorzata Radecka. Początkowo było to po tysiąc złotych. Później kwoty wzrosły do trzech, a nawet pięciu tysięcy.
W ciągu osiemnastu miesięcy Henryk przekazał jej prawie siedemdziesiąt tysięcy złotych.
Były tam również płatności za hotele, biżuterię i weekendowe pobyty w uzdrowiskach. Wszystko odbywało się w terminach, kiedy mąż rzekomo jeździł na spotkania dawnego zakładu pracy.
— Kim jest Małgorzata? — zapytał syn.
Henryk milczał.
Córka spojrzała na ekran telefonu. Wpisała nazwisko do wyszukiwarki i po chwili pokazała nam zdjęcie. Rozpoznałam kobietę, którą kilka miesięcy wcześniej mąż przedstawił mi jako księgową pomagającą mu uporządkować dokumenty.
Na jej profilu znalazły się fotografie z tych samych hoteli, których nazwy widniały na wyciągu. Na jednym zdjęciu w rogu było widać rękę Henryka z charakterystycznym zegarkiem, który dostał ode mnie na sześćdziesiąte urodziny.
— To nie jest tak, jak myślicie — odezwał się w końcu.
— Więc jak? — zapytałam. — Dałeś obcej kobiecie siedemdziesiąt tysięcy, a mnie oskarżasz o zakupy w aptece?
Henryk zerwał się od stołu. Powiedział, że pieniądze były jego, bo przez całe życie zarabiał więcej ode mnie.
Przypomniałam mu, że zrezygnowałam z pracy, kiedy jego matka zachorowała. Opiekowałam się nią przez sześć lat. Prowadziłam dom, wychowywałam dzieci, a później bez wynagrodzenia pomagałam w jego firmie.
— Mówiłeś wtedy, że wszystko jest nasze — powiedziałam. — Dzisiaj nagle wspólne są tylko moje wydatki.
Syn zapytał ojca wprost, czy ma romans. Henryk nie odpowiedział. Zaczął zbierać dokumenty, ale zabrałam obydwa komplety ze stołu.
— Ten zostaje ze mną — oznajmiłam. — Jutro zobaczy go prawnik.
Wtedy mąż przyznał, że spotyka się z Małgorzatą od prawie dwóch lat. Zamierzał kupić dla niej mieszkanie. Potrzebował jednak jeszcze części naszych oszczędności.
Dlatego postanowił odebrać mi dostęp do konta. Chciał przekonać dzieci, że jestem nieodpowiedzialna i że przejęcie finansów robi dla dobra rodziny.
Na stole wciąż stał nietknięty sernik z cukrowym napisem „38 lat razem”. Henryk spojrzał na niego, a potem na mnie.
— Chyba nie zamierzasz przekreślić całego małżeństwa przez kilka przelewów?
— Nie przez przelewy — odpowiedziałam. — Przez to, co próbowałeś za ich pomocą ukryć.
Jeszcze tego wieczoru spakował walizkę. Dwa tygodnie później dowiedziałam się, że Małgorzata nie chciała go przyjąć, kiedy zrozumiała, że nie kupi jej obiecanego mieszkania.
Henryk próbował wrócić. Przyniósł kwiaty i zapewniał, że „stracił głowę”. Nie otworzyłam drzwi.
W rocznicę ślubu chciał udowodnić dzieciom, że nie można mi ufać. Nie pamiętał jednak, że bank wydrukował dwa egzemplarze dokumentu.
Jeden miał posłużyć do zniszczenia mnie. Drugi zniszczył jego kłamstwo.