Zawsze czekała, aż przy stole zbierze się cała rodzina, po czym wyciągała reklamówkę i z triumfem kładła ją przede mną.

— Mam coś dla ciebie, Iwonko. Tobie jeszcze długo posłuży.

W środku znajdowały się jej stare swetry, sprane bluzki albo buty z wykrzywionymi obcasami. Ubrania pachniały piwnicą i ciężkimi perfumami, których teściowa używała od lat.

— Jakie piękne! — zachwycałam się. — Bardzo dziękuję.

Rodzina patrzyła na mnie z rozbawieniem. Wszyscy wiedzieli, że Halina nie oddawała mi eleganckich sukienek wiszących w szafie. Dostawałam rzeczy, których nie chciałby nawet sklep z używaną odzieżą.

Mój mąż Paweł powtarzał jednak, że powinnam znosić humory jego matki.

— Mama ma dom, dwa mieszkania i działkę pod miastem — przypominał. — Jestem jej jedynym synem. Jeszcze trochę cierpliwości, a wszystko będzie nasze.

To „nasze” działało na mnie jak środek uspokajający.

Mieszkaliśmy w ciasnym lokalu obciążonym kredytem. Paweł od miesięcy zarabiał coraz mniej, a ja bałam się, że na starość zostaniemy z długami. Majątek teściowej wydawał się jedyną szansą na spokojną przyszłość.

Dlatego co tydzień robiłam jej zakupy, myłam okna, woziłam do lekarzy i sprzątałam wielki dom. Halina nigdy nie dziękowała.

— Niedokładnie starłaś kurz.

— Zupa za słona.

— Gdyby Paweł ożenił się z kobietą z porządnej rodziny, nie musiałabym wszystkiego kontrolować.

Zaciskałam zęby. Potem wracałam do domu, otwierałam kolejną reklamówkę ze starymi ubraniami i wyrzucałam ją na dno szafy.

W dniu swoich urodzin teściowa przeszła samą siebie. Przy stole siedziało kilkanaście osób. Halina podała mi pudełko przewiązane złotą wstążką.

W środku leżała brązowa sukienka z ogromnym kołnierzem. Na rękawie widniała tłusta plama, a pod pachą materiał był rozpruty.

— Nosiłam ją, gdy byłam w twoim wieku — oznajmiła. — Załóż. Zobaczymy, czy się mieścisz.

Ktoś zachichotał.

Chciałam rzucić sukienkę na podłogę. Wtedy Paweł ścisnął mnie pod stołem za kolano i szepnął:

— Pamiętaj o mieszkaniach.

Uśmiechnęłam się więc.

— Z przyjemnością ją przymierzę.

Poszłam do sypialni. Sukienka była za ciasna i pachniała naftaliną. Kiedy próbowałam zapiąć zamek, usłyszałam głosy dochodzące z korytarza. Drzwi nie były dokładnie zamknięte.

— Jak długo jeszcze będę musiał udawać, że ją kocham? — zapytał Paweł.

Rozpoznałam głos męża, ale przez chwilę nie rozumiałam jego słów.

— Dopóki nie przepiszę ci mieszkania — odpowiedziała Halina. — Iwona jest użyteczna. Sprząta, gotuje i wozi mnie do lekarzy. Po co mamy płacić obcej kobiecie?

— Ona naprawdę wierzy, że dostanie część spadku.

Teściowa roześmiała się.

— Wystarczy dać jej starą szmatę, a pieje z zachwytu. Taka kobieta zrobi wszystko za obietnicę pieniędzy.

— Gdy podpiszesz dokumenty, rozwiodę się z nią — powiedział spokojnie Paweł. — Mam już dość tej komedii.

Oparłam się o szafę, żeby nie upaść.

To Paweł pierwszy zaczął opowiadać o majątku matki. To on namawiał mnie, żebym znosiła jej upokorzenia. To on obiecywał, że pewnego dnia będziemy korzystać z pieniędzy razem.

Tymczasem od początku planował mnie porzucić, gdy tylko przestanę być potrzebna.

Wyszłam z sypialni w brązowej sukience. Materiał pękł pod pachą, ale nie próbowałam go zasłonić. Wróciłam do stołu i stanęłam przed gośćmi.

— I jak wyglądam? — zapytałam.

— Wreszcie przyzwoicie — odpowiedziała Halina.

Zdjęłam sukienkę przy wszystkich. Pod spodem miałam własną bluzkę i spodnie. Zwinęłam stary łach w kulę i położyłam przed teściową.

— Wyglądałam jak kobieta, która pozwoliła kupić swoją godność obietnicą spadku.

W pokoju zapadła cisza.

— Iwona, uspokój się — syknął Paweł.

— Słyszałam waszą rozmowę.

Mąż pobladł. Teściowa próbowała przekonywać, że źle zrozumiałam ich słowa.

— Doskonale je zrozumiałam. Pani potrzebowała darmowej służącej, a ty chciałeś mieć kogoś, kto zajmie się twoją matką do chwili przepisania majątku.

— A ty niby przychodziłaś tutaj z miłości? — krzyknęła Halina. — Czekałaś tylko na moje pieniądze!

— Tak — przyznałam. — Na początku liczyłam na spadek. Wstydzę się tego. Ale to ja siedziałam z panią na izbie przyjęć, kiedy własny syn wyłączył telefon. To ja wstawałam rano po lekarstwa i zmieniałam opatrunki. Paweł pojawiał się tylko wtedy, gdy trzeba było rozmawiać o mieszkaniu.

Teściowa spojrzała na niego. Po raz pierwszy zobaczyłam w jej oczach nie pogardę, lecz niepewność.

Wróciłam do domu, spakowałam rzeczy i wyjechałam do siostry. Paweł dzwonił przez kilka dni. Nie przepraszał. Żądał, żebym wróciła, ponieważ matka nie radziła sobie sama, a on „nie miał czasu na takie obowiązki”.

Złożyłam pozew rozwodowy.

Kilka tygodni później zadzwoniła Halina. Powiedziała, że Paweł próbował nakłonić ją do podpisania aktu darowizny, a kiedy odmówiła, przestał ją odwiedzać. Dopiero wtedy zrozumiała, że jej syn nie różnił się ode mnie tak bardzo, jak sądziła. Oboje patrzyliśmy na nią przez pryzmat majątku.

— Zmieniłam testament — oznajmiła. — Wszystko przeznaczę fundacji. Nie chcę już kupować niczyjej miłości.

— To pani majątek — odpowiedziałam. — Może pani zrobić z nim, co zechce.

Po raz pierwszy naprawdę nie interesowało mnie, komu przypadną mieszkania.

Spadek rzeczywiście czekał za rogiem. Nie odziedziczyłam jednak domu ani pieniędzy. Z tamtej rodziny wyniosłam znacznie boleśniejszą lekcję: kiedy człowiek sprzedaje swoją godność za obietnicę majątku, zawsze płaci więcej, niż może otrzymać.