Od chwili, gdy pojawił się na świecie, obiecałam sobie, że niczego mu nie zabraknie.
Kiedy dostał złą ocenę, szłam do szkoły i przekonywałam nauczycielkę, że zadanie było zbyt trudne. Gdy pobił się z kolegą, tłumaczyłam, że na pewno został sprowokowany. Pisałam za niego usprawiedliwienia, odrabiałam część prac domowych i codziennie pakowałam mu tornister.
Mąż ostrzegał, że robię synowi krzywdę.
— Pozwól mu czasem upaść — powtarzał. — Inaczej nigdy nie nauczy się sam wstawać.
Nie słuchałam. Uważałam, że jest zbyt surowy, a ja po prostu jestem dobrą matką.
Robert rozpoczął studia, ale zrezygnował po pierwszym roku. Powiedział, że wykładowcy uwzięli się na niego. Zapłaciłam więc za prywatną szkołę, której również nie skończył.
Później zmieniał pracę za pracą. Jeden kierownik był głupi, drugi zazdrosny, a trzeci wymagał od niego zbyt wiele. Za każdym razem wierzyłam synowi.
Gdy założył firmę i popadł w długi, sprzedałam biżuterię po matce. Kiedy rozstał się z pierwszą żoną, przyjęłam go z powrotem pod swój dach. Tłumaczył, że kobieta była niewdzięczna, chociaż przez lata utrzymywała dom i wychowywała ich córkę.
Robert miał zostać u mnie na kilka tygodni. Został na dziesięć lat.
Przed pięćdziesiątymi urodzinami zapytałam, co chciałby dostać.
— Niczego nie potrzebuję — odpowiedział. — Chociaż nowy telefon by się przydał. Mój już trochę zwalnia.
Telefon kosztował prawie tyle, ile wynosiła moja emerytura. Kupiłam go na raty. Zrezygnowałam też z wyjazdu do sanatorium, żeby przygotować synowi przyjęcie.
Przez dwa dni piekłam ciasta, lepiłam pierogi i robiłam sałatki. Robert zaprosił kilku kolegów, których wcześniej nie znałam. Przyszli z butelkami alkoholu i usiedli przy stole, nawet nie pytając, czy potrzebuję pomocy.
Syn rozpakował prezent i skrzywił się.
— Mamo, przecież mówiłem o modelu z większą pamięcią.
— Ten też jest bardzo dobry.
— Za kilka miesięcy będzie przestarzały.
Goście udawali, że nie słyszą. Poczułam wstyd, choć to nie ja powinnam się wstydzić.
Późnym wieczorem wyszłam na balkon, żeby zebrać puste szklanki. Drzwi były uchylone. Usłyszałam rozmowę Roberta z jego kolegą.
— Długo jeszcze zamierzasz siedzieć u matki? — zapytał mężczyzna.
— A po co mam się wyprowadzać? Mam wyprane, ugotowane i nie płacę rachunków.
— Mógłbyś chociaż znaleźć pracę.
Robert roześmiał się.
— Mam lepszy plan. Namówię ją, żeby wzięła pożyczkę pod mieszkanie. Otworzę lokal z jedzeniem. Jak nie wypali, trudno. Mieszkanie i tak kiedyś będzie moje.
Zamarłam za drzwiami.
— A jeśli odmówi?
— Ona nie potrafi mi odmówić. Wystarczy powiedzieć, że jestem jej jedynym synem. Całe życie za mną sprzątała.
Odstawiłam szklanki i wróciłam do kuchni. Przy stole leżało opakowanie po telefonie kupionym na raty. Obok stały brudne talerze, których Robert nawet nie zamierzał odnieść do zlewu.
Nagle zobaczyłam całe swoje życie jak jeden długi ciąg takich talerzy. Syn robił bałagan, a ja biegłam za nim ze ścierką.
Następnego ranka spał do południa. Gdy wstał, usiadł w kuchni i czekał na śniadanie.
— Zostało coś z wczoraj? — zapytał.
— W lodówce.
— Możesz mi podgrzać?
Położyłam przed nim kartkę.
— Co to jest?
— Lista ofert pracy. Magazyn, hurtownia, sklep budowlany i firma kurierska. Wszędzie szukają ludzi.
Robert nawet na nią nie spojrzał.
— Przecież mówiłem, że chcę otworzyć własny biznes. Potrzebuję tylko kapitału na początek.
— Nie wezmę pożyczki.
Podniósł głowę.
— Co?
— Słyszałam wczoraj twoją rozmowę. Nie zastawię mieszkania. Nie będę też dłużej cię utrzymywać.
Najpierw próbował obrócić wszystko w żart. Potem zaczął krzyczeć.
— Po tym wszystkim nagle wyrzucasz własnego syna? Mam pięćdziesiąt lat! Gdzie mam teraz pójść?
— Właśnie dlatego powinieneś znać odpowiedź.
— To przez ciebie taki jestem! — wrzasnął. — Nigdy nie nauczyłaś mnie niczego robić!
Te słowa uderzyły mnie mocniej niż wszystkie obelgi. Były okrutne, ale kryła się w nich prawda.
— Masz rację — odpowiedziałam. — Dlatego właśnie przestaję robić wszystko za ciebie.
Dałam mu miesiąc na znalezienie pracy i pokoju. Oznajmiłam również, że od tej chwili będzie płacił połowę rachunków oraz sam zajmie się swoim praniem i jedzeniem.
Przez pierwsze dni próbował mnie złamać. Nie odzywał się, trzaskał drzwiami i telefonował do krewnych, opowiadając, że matka wyrzuca go na ulicę. Kilka osób zadzwoniło z pretensjami.
— Skoro tak bardzo wam go żal, możecie go przyjąć — odpowiadałam.
Nikt się nie zgłosił.
Pewnego wieczoru źle się poczułam. Zakręciło mi się w głowie i upadłam w przedpokoju. Zawołałam Roberta. Siedział w słuchawkach przed komputerem i nie odpowiedział.
Pomogła mi sąsiadka, która usłyszała uderzenie. Zadzwoniła po pogotowie i pojechała ze mną do szpitala.
Syn zjawił się dopiero następnego dnia.
— Gdzie zostawiłaś kartę do bankomatu? — zapytał zamiast przywitania. — Trzeba zrobić zakupy.
Patrzyłam na niego i po raz pierwszy nie szukałam usprawiedliwienia.
— Wyprowadź się, zanim wrócę do domu.
Próbował protestować, ale poprosiłam sąsiadkę, żeby zamówiła ślusarza. Po opuszczeniu szpitala zastałam jego walizki na klatce schodowej. Robert musiał zamieszkać u kolegi.
Przez kilka tygodni nie odzywał się do mnie. Później dowiedziałam się od wnuczki, że podjął pracę w magazynie i wynajął niewielki pokój. Nie była to posada jego marzeń, lecz pierwszy raz od lat sam opłacał swoje rachunki.
Po kilku miesiącach zapukał do moich drzwi. Przyniósł ciasto kupione za własne pieniądze.
— Chciałem przeprosić — powiedział. — Nie proszę, żebyś pozwoliła mi wrócić.
Wpuściłam go na kawę, ale nie oddałam zapasowego klucza.
Kocham syna. Prawdopodobnie zawsze będę chciała go chronić. Teraz jednak wiem, że miłość nie polega na usuwaniu każdej przeszkody spod nóg dorosłego człowieka.
Przez całe życie stawałam na głowie, żeby Robert nigdy nie upadł. Dopiero kiedy odsunęłam ręce, mój pięćdziesięcioletni syn po raz pierwszy musiał stanąć na własnych nogach.