Byłam przekonana, że to sąsiadka albo ktoś z rodziny. Zamiast nich przed drzwiami zobaczyłam elegancką kobietę po pięćdziesiątce.

— Pani Irena? Nazywam się Sylwia. Musimy porozmawiać o Marku.

Ścisnęła pod pachą granatową teczkę. Gdy wypowiedziała imię mojego męża, od razu zrozumiałam, kim jest.

Marek przez ostatnie sześć lat często wyjeżdżał służbowo. Pracował w firmie budowlanej i tłumaczył, że nadzoruje inwestycje w innych miastach. Wracał zmęczony, czasami dopiero w niedzielę wieczorem.

Nigdy nie podejrzewałam zdrady. Byliśmy małżeństwem od trzydziestu czterech lat.

— Byłam z Markiem prawie pięć lat — powiedziała nieznajoma. — Obiecał, że po rozwodzie zamieszkamy razem.

Chciałam zatrzasnąć jej drzwi przed nosem, lecz wtedy wyjęła z teczki dokument.

— Zapłaciłam mu za to mieszkanie. Przyszłam ustalić, kiedy mogę odebrać klucze.

Poczułam, że robi mi się słabo.

Mieszkanie, w którym staliśmy, odziedziczyłam po rodzicach jeszcze przed ślubem. Marek nigdy nie był jego właścicielem.

Na dokumencie widniał nasz adres. Była to przedwstępna umowa sprzedaży. Mąż oświadczył w niej, że lokal należy wyłącznie do niego, i zobowiązał się przenieść własność na Sylwię po otrzymaniu całej ceny.

Pod spodem znajdowało się odręczne potwierdzenie, że przyjął od niej sto osiemdziesiąt tysięcy złotych.

— To niemożliwe — powiedziałam. — To mieszkanie nigdy nie należało do Marka.

Sylwia pobladła.

— Pokazał mi księgę wieczystą.

— Właścicielką jestem ja.

Przyniosłam akt własności. Kobieta kilka razy przeczytała moje nazwisko, a potem osunęła się na krzesło.

Okazało się, że sprzedała działkę odziedziczoną po ojcu. Wszystkie pieniądze przekazała Markowi, wierząc, że kupuje od niego mieszkanie, w którym zamieszkają po naszym rozwodzie.

— Mówił, że jesteście razem tylko na papierze — wyszeptała. — Twierdził, że od dawna śpicie w osobnych pokojach.

Spojrzałam na drzwi sypialni, w której jeszcze miesiąc wcześniej trzymałam męża za rękę po jego operacji.

— W dniu śmierci zjedliśmy razem śniadanie. Pocałował mnie przed wyjściem i powiedział, że wróci na kolację.

Sylwia zaczęła płakać. To ona była z nim, kiedy dostał zawału. Wezwała pogotowie, a później uciekła, ponieważ bała się, że rodzina dowie się o romansie.

Nie potrafiłam jej współczuć. Wiedziała, że Marek ma żonę. Przez pięć lat godziła się na życie z cudzym mężem. Jednak dokument leżący na stole nie pozostawiał wątpliwości: nie była jego przyszłą partnerką. Była kolejną osobą, od której wyciągał pieniądze.

Następnego dnia poszłyśmy razem do prawnika. Sylwia przyniosła potwierdzenia przelewów. Marek regularnie brał od niej pieniądze na rzekomy remont mieszkania. Mnie w tym samym czasie przekonywał, że nasza wspólna lokata przynosi coraz mniejsze zyski.

W banku odkryłam, że lokata nie istniała już od dwóch lat. Mąż wypłacił osiemdziesiąt tysięcy złotych bez mojej wiedzy.

Pieniądze obu kobiet znikały na tym samym rachunku. Marek spłacał nimi kredyty, o których nie wiedziałam, oraz długi z internetowych zakładów. Człowiek, którego pochowałam jako uczciwego męża, przez lata finansował jedno kłamstwo drugim.

Sylwia zażądała zwrotu pieniędzy ze spadku. Początkowo poczułam wściekłość. Miałam płacić kochance za oszustwa własnego męża.

Prawnik wyjaśnił jednak, że dokument nie daje jej prawa do mojego mieszkania, ale może stanowić dowód wierzytelności. Poradził mi, żebym zabezpieczyła swój majątek i nie podejmowała żadnych decyzji przed ustaleniem wszystkich długów Marka.

Przez następne tygodnie otwierałam kolejne listy od banków i firm pożyczkowych. Każda koperta odbierała mi następny fragment wspólnego życia. Nie wiedziałam już, które wyjazdy były delegacjami, a które spotkaniami z Sylwią. Nie wiedziałam nawet, czy kwiaty otrzymywane na rocznicę kupował za moje pieniądze, czy za jej.

Po miesiącu Sylwia przyszła ponownie.

— Nie będę walczyć o pani mieszkanie — powiedziała. — Wiem już, że Marek nie miał prawa mi go obiecać.

— Wiedziała pani, że ma żonę.

— Wiedziałam. I za to nie proszę o wybaczenie. Ale nie wiedziałam, że sprzedał mi cudzy dom.

Oddała mi zapasowy klucz, który dostała od Marka. Nie pasował do żadnego zamka w mieszkaniu. Był tylko rekwizytem mającym przekonać ją, że wkrótce zostanie jego właścicielką.

Po jej wyjściu położyłam klucz obok obrączki męża. Oba przedmioty miały symbolizować zaufanie. Oba okazały się częścią oszustwa.

Przez kilka dni po pogrzebie myślałam, że straciłam człowieka, z którym przeżyłam najlepsze lata. Dopiero dokument przyniesiony przez jego kochankę uświadomił mi, że opłakiwałam kogoś, kogo tak naprawdę nigdy nie znałam.

Marek pozostawił po sobie żonę, kochankę i stos długów. Każdej z nas obiecywał inną przyszłość, a żył za pieniądze nas obu.

Po jego śmierci nie zostałyśmy rywalkami. Zostałyśmy dwiema kobietami oszukanymi przez tego samego mężczyznę — z tą różnicą, że ona straciła oszczędności, a ja dodatkowo trzydzieści cztery lata wiary we własne małżeństwo.