Narzekał na kręgosłup, wysokie ciśnienie i ból kolan. Kiedy dostał skierowanie do Kołobrzegu, cieszyłam się razem z nim.

— Odpoczniesz, poznasz ludzi i trochę o siebie zadbasz — powiedziałam.

Przed wyjazdem spakowałam mu ubrania, lekarstwa i ręczniki. Włożyłam do walizki także słoik jego ulubionych ogórków.

Byliśmy małżeństwem od trzydziestu ośmiu lat. Nigdy wcześniej nie rozstawaliśmy się na trzy tygodnie.

Początkowo dzwonił codziennie. Opowiadał o zabiegach, spacerach i jedzeniu. Po kilku dniach rozmowy stawały się coraz krótsze. W tle słyszałam muzykę i śmiech kobiet.

— Mamy wieczorek taneczny — tłumaczył.

Postanowiłam odwiedzić go w drugi weekend. Znalazłam niedrogi pensjonat i kupiłam bilet na pociąg.

Kiedy mu o tym powiedziałam, zareagował dziwnie.

— Nie przyjeżdżaj.

— Dlaczego?

— Mam zabiegi od rana do wieczora. Nie będę miał dla ciebie czasu.

— Przyjadę choćby na jeden dzień.

— Halina, powiedziałem, że nie chcę. Poza tym podobno jest dużo infekcji. Po co masz się narażać?

Nigdy wcześniej nie mówił do mnie takim tonem. Pomyślałam, że jest zmęczony. Odwołałam rezerwację.

W dniu powrotu przygotowałam rosół i upiekłam sernik. Cezary wszedł do mieszkania opalony, w nowych okularach przeciwsłonecznych. Pachniał perfumami, których nie znałam.

Kiedy zabierałam od niego kurtkę, zauważyłam, że nie ma obrączki.

— Gdzie ją zgubiłeś?

Spojrzał na pusty palec.

— Musiałem zostawić w gabinecie zabiegowym. Zdejmowałem ją przed kąpielami.

— Przez trzydzieści osiem lat nigdy jej nie zdejmowałeś.

— Nie zaczynaj przesłuchania od progu.

Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo zadzwonił mój telefon. Nieznany numer.

— Dzień dobry, recepcja sanatorium „Bałtyk” — odezwała się kobieta. — Czy rozmawiam z żoną pana Cezarego?

Włączyłam głośnik.

— Tak. Mąż właśnie wrócił do domu.

— To świetnie. Pokojowa znalazła złotą obrączkę z wygrawerowanym imieniem Halina i datą ślubu. Pan Cezary podał pani numer jako kontaktowy.

Spojrzałam na męża. Przestał rozpinać walizkę.

— Gdzie ją znaleziono? — zapytałam.

Recepcjonistka zawahała się.

— Pod łóżkiem w pokoju numer trzysta siedemnaście.

— To nie był pokój mojego męża. Mieszkał w dwieście czternaście.

Zapadła cisza.

— Pokój trzysta siedemnaście zajmowała pani Grażyna Kaczmarek — odpowiedziała w końcu recepcjonistka. — Byłam przekonana, że podróżowali państwo razem, ponieważ pan Cezary spędzał tam dużo czasu.

Mąż wyrwał mi telefon i zakończył rozmowę.

— To nie tak, jak myślisz — powiedział.

— Twoją obrączkę znaleziono pod łóżkiem obcej kobiety. Jak powinnam o tym myśleć?

Usiadł przy stole. Nie patrzył mi w oczy.

Grażynę poznał trzeciego dnia pobytu. Była wdową, miała sześćdziesiąt lat i pochodziła z Poznania. Tańczyli razem, spacerowali po plaży, a później zaczęli spotykać się w jej pokoju.

— To był tylko sanatoryjny romans — tłumaczył. — Chwila zapomnienia. Nigdy więcej jej nie zobaczę.

Wtedy zadzwonił jego telefon. Na ekranie pojawiło się imię „Grzegorz rehabilitant”. Odebrałam, zanim zdążył mnie powstrzymać.

— Czarek, dlaczego się nie odzywasz? — usłyszałam kobiecy głos. — Zarezerwowałam już apartament na październik. Miałeś dzisiaj powiedzieć dzieciom, że chcesz zacząć nowe życie.

Cezary próbował zabrać mi telefon, ale odsunęłam się.

— Tu Halina, żona Cezarego.

Kobieta zamilkła.

— Jaka żona? — wyszeptała. — Powiedział, że jest wdowcem od pięciu lat.

Grażyna nie wiedziała o mnie. Pokazał jej nawet nasze zdjęcie, twierdząc, że stojąca obok niego kobieta odeszła po ciężkiej chorobie.

Słuchałam, jak opowiada obcej osobie o moim rzekomym pogrzebie. Cezary siedział naprzeciwko i powtarzał, że wszystko wyjaśni.

— Dlatego nie chciałeś, żebym przyjechała — powiedziałam. — Nie bałeś się infekcji. Bałeś się, że twoja zmarła żona wysiądzie z pociągu.

Grażyna zakończyła rozmowę. Kilka minut później przesłała mi zdjęcia. Na jednym całowała mojego męża na plaży. Na drugim siedzieli objęci w restauracji. Cezary nie miał obrączki.

Znalazłam w jego walizce potwierdzenie rezerwacji październikowego pobytu. Zapłacił zaliczkę z naszego wspólnego konta.

— Chciałem zrezygnować — zapewniał.

— Kiedy? Przed czy po tym, jak zostawiłeś obrączkę pod jej łóżkiem?

Kazałam mu spakować najpotrzebniejsze rzeczy. Początkowo nie wierzył, że mówię poważnie.

— Przekreślisz trzydzieści osiem lat przez trzy tygodnie?

— To ty je przekreśliłeś. I potrzebowałeś na to tylko kilku dni.

Cezary zamieszkał u naszego syna. Grażyna zerwała z nim kontakt, gdy poznała prawdę. Mąż błagał, żebym pozwoliła mu wrócić. Tłumaczył, że w sanatorium poczuł się młody i pożądany.

Nie potrafiłam jednak zapomnieć, z jaką łatwością zrobił ze mnie osobę, która nie żyje.

Obrączkę przysłano pocztą w małej kopercie bąbelkowej. Nie oddałam jej Cezaremu. Włożyłam ją do pudełka razem z własną i złożyłam pozew rozwodowy.

Mąż zostawił obrączkę pod łóżkiem obcej kobiety. Tamtego dnia zrozumiałam jednak, że znacznie wcześniej zostawił w tym pokoju coś ważniejszego — szacunek do mnie i do trzydziestu ośmiu lat naszego wspólnego życia.