Dziewięcioletnia wnuczka upadła między ławkami i zaczęła drżeć. Nauczycielka wezwała pogotowie, a lekarze zatrzymali ją w szpitalu.
Mój syn Marcin zadzwonił wieczorem.
— Mamo, Zosia ma padaczkę — powiedział drżącym głosem. — Potrzebne będą leki, badania i prywatne konsultacje. Nie wiem, skąd weźmiemy pieniądze.
Po odejściu męża zostało mi trzydzieści tysięcy złotych. Odkładałam je na wymianę protezy biodra i rehabilitację. Ból utrudniał mi chodzenie, ale wnuczka była ważniejsza.
— Ile potrzebujesz? — zapytałam.
— Dwadzieścia pięć tysięcy. Lekarz powiedział, że jeden z preparatów trzeba sprowadzać z zagranicy.
Następnego dnia wypłaciłam pieniądze. W banku pracownica zapytała, czy ktoś nie wywiera na mnie presji.
— To na leczenie wnuczki — odpowiedziałam. — Własnemu dziecku chyba mogę zaufać.
Marcin przyjechał po kopertę jeszcze tego samego wieczoru. Uściskał mnie i rozpłakał się.
— Ratujesz Zosię. Oddam ci wszystko, gdy tylko stanę na nogi.
Przez kolejne tygodnie regularnie pytałam o zdrowie wnuczki. Syn zapewniał, że przyjmuje leki, ale organizm potrzebuje czasu.
Nie pozwalał mi jej odwiedzać.
— Po atakach jest osłabiona — tłumaczył. — Poza tym lekarz kazał ograniczyć emocje.
Dziwiło mnie, że Zosia nie odbiera telefonu. Marcin twierdził, że zabrał jej komórkę, ponieważ światło ekranu może wywoływać napady.
Pewnego dnia syn przesłał mi zrzut wiadomości z kodem e-recepty.
„Mamo, odbierzesz leki? Ja nie zdążę przed zamknięciem apteki. PESEL Zosi znasz”.
Poszłam do apteki mimo bólu biodra. Podałam farmaceutce kod i numer PESEL wnuczki. Kobieta długo patrzyła w monitor.
— Chce pani wykupić wszystkie pozycje? — zapytała.
— Tak. Syn mówił, że poprzednie opakowania już się kończą.
— Ta recepta została wystawiona prawie dwa miesiące temu. Nie zrealizowano z niej ani jednej pozycji.
Uznałam, że zaszła pomyłka.
— Wnuczka od kilku tygodni przyjmuje te leki.
Farmaceutka ponownie sprawdziła kod.
— Według systemu żadnego opakowania nie wydano. Być może leki kupiono na podstawie innej recepty, ale ta wciąż jest całkowicie niewykorzystana.
Zapłaciłam i wyszłam z apteki z drżącymi rękami. W torbie miałam lekarstwa kosztujące niecałe sto złotych po refundacji. Nie było żadnego preparatu sprowadzanego z zagranicy.
Pojechałam prosto do syna. Drzwi otworzyła Zosia. Była blada i miała rozciętą wargę.
— Co ci się stało?
— Wczoraj znowu upadłam — wyszeptała. — Tata powiedział, że lekarstwa jeszcze nie przyszły.
W salonie zobaczyłam nowy telewizor, konsolę i kluczyki samochodowe leżące na stole. Marcin wybiegł z kuchni.
— Dlaczego przyjechałaś bez zapowiedzi?
Postawiłam przed nim torbę z apteki.
— Dlaczego Zosia nie dostawała leków?
Zbladł.
— Przecież dostawała.
— Recepta przez dwa miesiące nie została wykupiona.
Zosia zaczęła płakać.
— Tato mówił, że tabletki są bardzo drogie i babcia nie dała wystarczająco dużo pieniędzy.
Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w twarz.
— Dałam ci dwadzieścia pięć tysięcy.
Syn chwycił mnie za ramię i próbował wyprowadzić do przedpokoju.
— Nie rozmawiajmy przy dziecku.
— Gdzie są pieniądze?
— Musiałem spłacić długi.
Okazało się, że Marcin od ponad roku obstawiał mecze w internecie. Najpierw stracił oszczędności, później zaciągnął chwilówki. Kiedy wierzyciele zaczęli grozić windykacją, wykorzystał chorobę własnej córki, żeby wyciągnąć ode mnie pieniądze.
Telewizor i konsolę kupił wcześniej na raty. Samochód był wynajęty, żeby — jak powiedział — „nie wyglądać przed ludźmi jak bankrut”.
— Obiecywałem sobie, że wygram i wszystko oddam — tłumaczył. — Potrzebowałem tylko trochę czasu.
— W tym czasie twoja córka miała kolejne ataki.
— Nie wiedziałem, że to takie niebezpieczne.
W tej samej chwili Zosia wydała dziwny dźwięk i osunęła się na podłogę. Jej ciało zesztywniało.
Krzyczałam, żeby Marcin wezwał pogotowie. Stał nieruchomo, jakby dopiero wtedy zrozumiał, co zrobił.
W szpitalu lekarz powiedział, że nieregularne leczenie mogło przyczynić się do nawrotu napadów. Na szczęście stan Zosi udało się ustabilizować.
Synowa wróciła z delegacji jeszcze tej samej nocy. Marcin wmawiał jej, że regularnie wykupuje leki. Pokazywał nawet zdjęcia opakowań znalezione w internecie.
Kiedy usłyszała prawdę, kazała mu opuścić mieszkanie. Później dowiedziałam się, że długi były znacznie większe, niż przyznał.
Marcin rozpoczął terapię uzależnienia od hazardu. Nadal prosi mnie o wybaczenie, ale nie potrafię zapomnieć, że naraził własne dziecko, żeby ukryć swoje kłamstwa.
Zosi pomagam do dziś. Nie przekazuję już jednak pieniędzy jej ojcu. Sama wykupuję leki, opłacam rehabilitację i zachowuję każdy rachunek.
Oddałam oszczędności przeznaczone na moje leczenie, bo bałam się, że choroba zabierze mi wnuczkę. Nie przypuszczałam, że największym zagrożeniem dla niej okaże się człowiek, któremu bez wahania powierzyłam wszystkie pieniądze — jej własny ojciec.