Siedzieliśmy w kuchni, w której zaledwie dzień wcześniej przygotowywałam poczęstunek dla żałobników. Na stole stały niedopite filiżanki, a na krześle wciąż wisiał sweter mamy.
— Trzeba będzie zamówić rzeczoznawcę — powiedział Robert. — Jeśli szybko sprzedamy dom, unikniemy kosztów remontu.
Spojrzałam na niego, nie wierząc własnym uszom.
— Mama nie została jeszcze pochowana od dwudziestu czterech godzin.
— Życie toczy się dalej. Należy mi się połowa.
Robert mówił o domu tak, jakby przez ostatnie lata był częścią życia mamy. W rzeczywistości nie odwiedził jej ani razu przez prawie osiem lat, choć mieszkał zaledwie czterdzieści kilometrów dalej.
Kiedy mama zaczęła chorować na Parkinsona, to ja zmieniłam pracę na pół etatu i przeprowadziłam się do niej. Pomagałam jej się ubierać, gotowałam, sprzątałam i woziłam do lekarzy. W nocy wstawałam po kilka razy, bo bała się iść sama do łazienki.
Robert zawsze miał wymówkę.
— Przyjadę w przyszłym tygodniu.
— Teraz mam dużo pracy.
— Dzieci są przeziębione.
— Przecież ty jesteś na miejscu.
Mama czekała przy oknie w każde urodziny i święta. Za każdym razem przygotowywała dla niego ulubioną szarlotkę. Wieczorem chowałam nietknięte ciasto do lodówki, a ona udawała, że wcale nie jest rozczarowana.
Kiedy trafiła do szpitala, zadzwoniłam do brata.
— Lekarz mówi, że może nie zostać jej dużo czasu. Przyjedź.
— Nie dramatyzuj — odpowiedział. — Mam ważne spotkanie.
Mama zmarła trzy dni później. Robert pojawił się dopiero na pogrzebie.
Teraz chodził po jej domu, otwierał szafki i zaglądał do szuflad.
— Gdzie są dokumenty? — pytał. — I klucze do garażu? Ojciec miał tam podobno stare narzędzia.
— Zostaw jej rzeczy.
— To również moje rzeczy. Jestem synem.
Tydzień później spotkaliśmy się w kancelarii notarialnej. Robert przyszedł z żoną i teczką pełną wydruków z ogłoszeniami podobnych nieruchomości.
— Dom jest wart co najmniej sześćset tysięcy — powiedział przed wejściem. — Nie próbuj mnie oszukać.
Notariusz otworzył testament. Mama sporządziła go cztery lata wcześniej, kiedy była jeszcze w pełni świadoma. Mnie zapisała oszczędności oraz wszystkie osobiste rzeczy.
Robert uśmiechnął się pod nosem.
— A dom?
— Nieruchomość nie wchodzi w skład spadku — wyjaśnił notariusz. — Pani matka przekazała ją córce pięć lat temu na podstawie umowy dożywocia, w zamian za zapewnienie opieki i utrzymania.
Brat zerwał się z krzesła.
— To niemożliwe! Zmusiłaś ją do podpisania dokumentów!
Notariusz zachował spokój.
— Umowa została zawarta w tej kancelarii. Obecny był również lekarz, który potwierdził, że pani matka była świadoma swojej decyzji.
Robert zaczął krzyczeć, że poda mnie do sądu. Jego żona domagała się kopii dokumentów. Notariusz poczekał, aż zamilkną, a potem wrócił do testamentu.
— Pani matka zapisała synowi jeden przedmiot.
Podał Robertowi niewielkie pudełko. W środku znajdował się stary budzik należący kiedyś do naszego ojca. Brat patrzył na niego jak na obelgę.
Notariusz przeczytał ostatnie zdanie testamentu:
— „Robertowi zostawiam budzik po jego ojcu, aby przypominał mu o czasie, którego nigdy nie znalazł dla własnej matki”.
W pokoju zapadła cisza.
Brat pobladł. Przez chwilę myślałam, że okaże skruchę, ale on rzucił pudełko na stół.
— Nastawiłaś ją przeciwko mnie! — krzyknął. — Zabrałaś mi moją część!
— Nie musiałam nastawiać mamy przeciwko tobie. Wystarczyło, że codziennie patrzyła na pustą furtkę.
Robert wyszedł, trzaskając drzwiami. Budzik zostawił na stole.
Kilka tygodni później jego prawnik potwierdził, że dom nie należał już do spadku. Brat więcej do mnie nie zadzwonił. Nie zapytał również o zdjęcia mamy, rodzinne pamiątki ani listy, które przechowywała od naszego dzieciństwa.
Interesowały go wyłącznie mury, których nie przekroczył przez osiem lat.
Budzik postawiłam na parapecie w pokoju mamy. Nadal działa. Każdego ranka słyszę jego tykanie i przypominam sobie, jak długo mama czekała na syna, który znalazł dla niej czas dopiero wtedy, gdy spodziewał się spadku.
Robert chciał połowy domu, którego nigdy nie odwiedzał. Dostał zegar odmierzający wszystko, czego nie można już odzyskać.