Dach zaczął przeciekać, okna wymagały wymiany, a zimą ogrzanie budynku pochłaniało znaczną część mojej emerytury.

Nie miałam pieniędzy na generalny remont. Wtedy mój syn Krzysztof niespodziewanie zaproponował pomoc.

— Mamo, przecież prowadzę firmę budowlaną — powiedział. — Ludzi już mam. Zapłacisz tylko za część materiałów, a robociznę dostaniesz ode mnie w prezencie.

Rozpłakałam się ze wzruszenia. Przez ostatnie lata syn odwiedzał mnie rzadko. Sądziłam, że remont jest jego sposobem na odbudowanie naszej relacji.

Krzysztof przekonał mnie, żebym na miesiąc przeprowadziła się do siostry.

— Będzie kurz, hałas i odłączona woda. Wrócisz do zupełnie nowego domu.

Dałam mu klucze. Pozwoliłam też wyrzucić stare meble z kuchni i zdjąć boazerię. Kiedy przyniósł kilka dokumentów dotyczących materiałów, podpisałam potwierdzenie ich odbioru.

— Później pojedziemy jeszcze do notariusza — wspomniał. — Potrzebuję pełnomocnictwa, żeby załatwić formalności związane z dotacją na termomodernizację.

Nie wzbudziło to moich podejrzeń.

Dwa dni przed rozpoczęciem prac odwiedziła mnie sąsiadka, pani Teresa. Wyglądała na zdenerwowaną.

— Halino, naprawdę sprzedajesz dom? — zapytała.

— Oczywiście, że nie.

Wyjęła telefon i pokazała mi ogłoszenie zamieszczone na portalu nieruchomościowym. Rozpoznałam swoją bramę, ogród i salon. Zdjęcia musiał zrobić Krzysztof podczas jednej z wcześniejszych wizyt.

„Dom po generalnym remoncie, gotowy do zamieszkania. Nieruchomość zostanie opróżniona i przekazana nowemu właścicielowi w ciągu sześciu tygodni” — przeczytałam.

Ogłoszenie opublikowano dziesięć dni wcześniej, zanim syn zaproponował mi remont.

Cena wynosiła milion dwieście tysięcy złotych. Jako osoba do kontaktu widniał Krzysztof.

Natychmiast pojechałyśmy do mojego domu. Na podjeździe stała ciężarówka, a robotnicy wynosili szafy. W salonie zerwano podłogę. Kuchnia była już całkowicie pusta.

— Proszę przerwać prace — powiedziałam.

Krzysztof wybiegł z domu.

— Co ty tutaj robisz? Miałaś zostać u cioci!

Pokazałam mu ogłoszenie.

Najpierw twierdził, że to pomyłka pracownika. Później przyznał, że rzeczywiście zamierzał sprzedać nieruchomość.

— Ten dom jest dla ciebie za duży — powiedział. — Kupiłbym ci kawalerkę, a resztę pieniędzy zainwestował w firmę. Wszyscy byśmy na tym skorzystali.

— Chciałeś sprzedać mój dom bez mojej wiedzy?

— Dlatego potrzebowałem pełnomocnictwa. Sama nie potrafisz podejmować rozsądnych decyzji.

Dowiedziałam się również, że syn przyjął już od zainteresowanego kupca pięćdziesiąt tysięcy złotych opłaty rezerwacyjnej. Zapewnił go, że jestem zdecydowana na sprzedaż, a remont podniesie wartość nieruchomości.

— Obiecałeś, że robisz to dla mnie — wyszeptałam.

— Robię to dla rodziny. Ten dom i tak kiedyś będzie mój.

— Kiedyś, czyli kiedy umrę.

Krzysztof odwrócił wzrok.

Kazałam robotnikom opuścić posesję i odebrałam synowi klucze. Dom nie nadawał się jednak do zamieszkania. Nie było kuchni, część instalacji została wyrwana, a moje meble wywieziono do magazynu, za który nikt nie zapłacił.

Prawnik ustalił, że dokumenty podsunięte mi przez syna nie dotyczyły wyłącznie materiałów. Wśród nich znajdowała się zgoda na wykonywanie prac oraz oświadczenie, którym Krzysztof zamierzał przekonać kupca, że działam świadomie. Pełnomocnictwo, które miałam podpisać u notariusza, pozwoliłoby mu również prowadzić negocjacje dotyczące sprzedaży.

Kupiec zażądał zwrotu opłaty rezerwacyjnej. Krzysztof wydał już część pieniędzy na spłatę długów firmy. Zaczął mnie błagać, żebym jednak zgodziła się na transakcję.

— Jeśli się wycofasz, zbankrutuję — mówił.

— To ty zawarłeś umowę dotyczącą domu, który nie należał do ciebie.

Przez kolejne miesiące mieszkałam u siostry. Na dokończenie najpilniejszych prac przeznaczyłam niemal wszystkie oszczędności. Nie zrobiłam luksusowego remontu. Naprawiłam dach, zamontowałam kuchnię i odtworzyłam zniszczoną podłogę.

Krzysztof do dziś uważa, że odebrałam mu szansę na uratowanie firmy. Ja natomiast sporządziłam testament i zastrzegłam, że żadna decyzja dotycząca domu nie może zostać podjęta bez mojego udziału.

Syn obiecał, że bezpłatnie wyremontuje miejsce, w którym chciałam spędzić resztę życia. Dzięki sąsiadce zrozumiałam, że od początku nie przygotowywał go dla mnie.

Przygotowywał dom dla nowego właściciela, a mnie jako jedyną rzecz zamierzał z niego usunąć.