Val Kilmer – aktor o hipnotyzującym spojrzeniu, nieprzeniknionej twarzy i głosie, który kiedyś przeszywał kinowe sale – zmarł 1 kwietnia w Los Angeles. Miał 65 lat. Informację o jego śmierci przekazała jego córka, Mercedes. Przyczyną był ostry stan zapalny płuc.
To nie był aktor, który podporządkowywał się regułom. Jego wybory filmowe nie zawsze były łatwe, ale nigdy nie były przypadkowe. Potrafił być superbohaterem, legendą rocka, chłodnym rywalem w „Top Gun”, ale też duszą pełną niepokoju i duchowych poszukiwań. Val Kilmer grał tak, jak żył – z pasją, bez kompromisów, na własnych zasadach.
Na ekranie zadebiutował z uśmiechem i żartem – w parodii szpiegowskiej „Ściśle tajne!”. Ale szybko pokazał, że ma znacznie więcej do zaoferowania niż lekki dowcip. Gdy w 1991 roku wcielił się w Jima Morrisona w „The Doors”, wszyscy zrozumieli, że w tym człowieku kryje się coś więcej niż uroda i charyzma. Był autentyczny. Groźnie autentyczny.
Rok 1995 przyniósł mu rolę Batmana – niełatwą, duszną, wymagającą. Sam przyznawał, że za maską Człowieka Nietoperza trudno było oddychać – dosłownie i metaforycznie. Ale to właśnie Kilmer wniósł do tej postaci wewnętrzny chłód, który zastępował patos. Był inny niż wszyscy jego poprzednicy. I może właśnie dlatego niezapomniany.
Lata późniejsze były już trudniejsze. Pojawiły się konflikty, plotki o trudnym charakterze, niełatwe relacje z branżą. Ale Kilmer nie zniknął – po prostu przestał grać w to, czego oczekiwano od „gwiazdy”. Gdy w 2014 roku wykryto u niego raka gardła, zniknął z pola widzenia. Milczał. Leczył się. Przeżywał.
I właśnie w tej ciszy zaczęła się nowa opowieść o Valu Kilmerze. Już nie jako idolu z plakatów, ale jako człowieku, który zmagał się z chorobą, utratą głosu, samotnością. Dokument „Val”, stworzony przez jego dzieci, był spowiedzią, testamentem i miłosnym listem do życia, które nie zawsze było łaskawe, ale zawsze było jego własne.
W 2022 roku, w „Top Gun: Maverick”, powrócił jako Iceman. Nie mówił wiele – ale nie musiał. Wystarczyło spojrzenie. Gdy w jednej ze scen jego postać wypowiada z trudem kilka słów, wielu widzów nie mogło powstrzymać łez. Bo wiedzieli, że to nie tylko postać mówi. To mówił Val Kilmer. Ostatni raz tak wyraźnie.
Choć na ekranie był bohaterem, jego życie było nie mniej filmowe. Miłości, romanse, małżeństwo, dzieci, samotność, upadki, wzloty. Spotykał kobiety, które znał cały świat – Cher, Michelle Pfeiffer, Angelina Jolie. Ale to nie nazwiska definiowały jego życie – tylko to, co sam wybrał, co stworzył i co zostawił.
Val Kilmer był aktorem, ale nigdy nie był tylko aktorem. Był duszą, która nie potrafiła milczeć – nawet gdy straciła głos.
Zostawił po sobie role, które przetrwają, ale też ciszę, która mówi więcej niż tysiąc słów.