Siedziałam z farbą na włosach, gdy kobieta na sąsiednim fotelu zaczęła opowiadać o nowej restauracji przy rynku.

— Widziałam tam ostatnio twojego Andrzeja — zwróciła się do mnie. — Ale nie był z tobą. Siedział z tą swoją pierwszą żoną. Jak jej było… Dorota?

Fryzjerka nagle przestała rozczesywać moje włosy. W salonie zapadła niezręczna cisza.

— Musiała się pani pomylić — odpowiedziałam. — Andrzej nie utrzymuje z nią kontaktu.

Kobieta zaczerwieniła się.

— Możliwe. Chociaż wyglądali na bardzo zaprzyjaźnionych.

Wróciłam do domu i długo patrzyłam na męża, który siedział przed telewizorem. Byliśmy razem od siedemnastu lat. Wiedziałam o jego pierwszym małżeństwie, ale Andrzej zawsze twierdził, że rozstał się z Dorotą w fatalnych stosunkach.

— Gdybym miał wybrać jedną osobę, której nigdy nie chcę już zobaczyć, byłaby to ona — powtarzał.

Tamtego wieczoru zapytałam wprost:

— Spotykasz się z Dorotą?

Nawet nie odwrócił głowy od ekranu.

— Skąd ci to przyszło do głowy?

— Ktoś widział was w restauracji.

Zaśmiał się.

— W małym mieście ludzie nie mają własnego życia, więc interesują się cudzym. Wpadliśmy na siebie przypadkiem i wypiliśmy kawę.

Chciałam mu uwierzyć. Plotki potrafią zniszczyć nawet dobre małżeństwo. Postanowiłam nie urządzać sceny z powodu jednego przypadkowego spotkania.

Kilka dni później zadzwoniła do mnie kuzynka.

— Nie chcę się wtrącać, ale Andrzej znów był z Dorotą. Widział ich mój mąż na stacji benzynowej. Wsiedli do jednego samochodu.

Tego samego wieczoru Andrzej powiedział, że musi zostać dłużej w pracy.

Zaczęłam zwracać uwagę na drobiazgi. Nowa woda po goleniu. Koszula, której wcześniej nie widziałam. Paragony z restauracji, chociaż twierdził, że jadł kanapki w biurze.

Najbardziej zabolały mnie wypłaty z naszego wspólnego konta. W ciągu trzech miesięcy zniknęło prawie trzydzieści tysięcy złotych.

— Robię inwestycję — powiedział, gdy zapytałam o pieniądze. — Jeśli wszystko się uda, jeszcze mi podziękujesz.

Nie podał żadnych szczegółów.

Pewnego popołudnia Andrzej zostawił telefon w kuchni i poszedł pod prysznic. Nie zamierzałam go przeglądać. Ekran rozświetlił się jednak, a na nim pojawiła się wiadomość:

„Brakuje jeszcze czterdziestu tysięcy. Obiecałeś, że po rozwodzie nie będę musiała się martwić. D.”

Po rozwodzie.

Przeczytałam to zdanie kilka razy. Nie wiedziałam, czy Dorota pisała o ich dawnym rozwodzie, czy o tym, który Andrzej planował ze mną.

Nie zapytałam go. Zrobiłam zdjęcie wiadomości, a następnego dnia umówiłam się z prawniczką. Poleciła mi pobrać historię wspólnego rachunku i zabezpieczyć dokumenty dotyczące mieszkania oraz oszczędności.

Okazało się, że Andrzej od kilku miesięcy przelewał pieniądze na konto Doroty. Część pochodziła z rachunku, na który wpływało moje wynagrodzenie i oszczędności odziedziczone po rodzicach.

Mieszkanie należało wyłącznie do mnie. Kupiłam je przed naszym ślubem, lecz przez lata nazywałam je naszym domem. Andrzej najwyraźniej zapomniał, że wdzięczne słowo nie zmienia wpisu w akcie notarialnym.

Tydzień później powiedział, że wyjeżdża na dwudniowe szkolenie. Pojechałam za nim.

Nie skierował się do hotelu konferencyjnego. Zatrzymał samochód przed nowym blokiem na obrzeżach miasta. Dorota czekała przy wejściu. Przywitali się pocałunkiem.

Weszli razem do budynku.

Poczekałam kilkanaście minut, a potem zadzwoniłam domofonem. Drzwi otworzył mi starszy mężczyzna wychodzący z psem. Na drugim piętrze usłyszałam głos Andrzeja.

Drzwi do mieszkania były uchylone. Dorota oprowadzała go po pustych pokojach.

— Tutaj postawimy kanapę — mówiła. — A w sypialni zmieści się twoja komoda.

Zapukałam.

Andrzej odwrócił się i zbladł.

— Co ty tutaj robisz?

— Przyszłam zobaczyć inwestycję, za którą miałam ci jeszcze podziękować.

Dorota skrzyżowała ręce.

— Skoro już wiesz, przynajmniej przestaniemy się ukrywać.

Jej pewność siebie zabolała mnie bardziej niż pocałunek przed wejściem.

— Od jak dawna? — zapytałam.

— Pół roku — odpowiedziała.

— To nie jest takie proste — wtrącił Andrzej. — Dorota miała trudną sytuację. Chciałem jej pomóc.

— Dlatego planowaliście wspólną sypialnię?

Andrzej zaczął opowiadać o dawnych błędach, niedokończonych sprawach i uczuciu, które podobno nigdy do końca nie wygasło. Według niego nasze małżeństwo stało się rutyną, a Dorota przypomniała mu, jaki był kiedyś.

— Chciałem powiedzieć ci po podpisaniu umowy na to mieszkanie — dodał. — Nie chciałem, żebyś zablokowała pieniądze.

Nie chciał, żebym zablokowała własne pieniądze przeznaczone na mieszkanie dla niego i jego byłej żony.

— Rozumiem — powiedziałam spokojnie. — W takim razie spotkajmy się jutro o osiemnastej u nas. We troje.

— Po co? — zapytała Dorota.

— Mam dla was propozycję.

Następnego wieczoru przyszli razem. Dorota zachowywała się jak przyszła pani domu. Andrzej najwyraźniej spodziewał się, że będę błagać go o pozostanie albo zaproponuję kompromis.

Na stole czekały dwie teczki.

— Pierwsza zawiera propozycję ugodowego rozwodu — wyjaśniłam. — Andrzej wyprowadza się natychmiast, zwraca pieniądze pobrane ze wspólnego konta i pokrywa koszty, które powstały w związku z przelewami dla Doroty.

Mąż wybuchnął śmiechem.

— A jeśli się nie zgodzę?

Przesunęłam w jego stronę drugą teczkę.

— Wtedy składam pozew z żądaniem ustalenia winy i przedstawiam historię przelewów, wiadomości oraz zdjęcia. Mój pełnomocnik wystąpi również o dokładne rozliczenie wszystkich pieniędzy przekazanych Dorocie.

Twarz Andrzeja stężała.

— Chcesz mnie zniszczyć.

— Nie. Daję ci wybór. Możesz odejść do kobiety, dla której postanowiłeś mnie okraść, ale nie zabierzesz ze sobą mojego dorobku.

Dorota sięgnęła po dokumenty.

— A mieszkanie?

— Zadatek wpłacono ze wspólnego konta. Prawniczka już wysłała pismo do pośrednika i sprzedającego. Bez wyjaśnienia źródła środków żadnej kolejnej wpłaty nie będzie.

Dorota spojrzała na Andrzeja.

— Mówiłeś, że pieniądze są twoje.

— Bo są nasze — odpowiedział.

— Właśnie — przerwałam. — Nasze, nie twoje i Doroty.

Dałam mu czas do następnego dnia. Była to propozycja nie do odrzucenia, ponieważ obie drogi prowadziły do tego samego miejsca: końca naszego małżeństwa. Różniły się jedynie kosztami jego kłamstw.

Andrzej podpisał ugodę po konsultacji z własnym prawnikiem. Musiał zwrócić znaczną część pieniędzy. Zamieszkał u Doroty, ale bez nowego lokalu i oszczędności, które miał wnieść do ich wspólnego życia.

Ich wielka miłość wytrzymała niecałe trzy miesiące.

Dorota liczyła na mieszkanie i spokojne życie. Andrzej oczekiwał kobiety, przy której znów poczuje się młody. Kiedy pojawiły się rachunki, zwyczajne obowiązki i wzajemne pretensje, dawne uczucie szybko straciło blask.

Pewnego wieczoru mąż zadzwonił do mnie.

— Może nie powinniśmy przekreślać siedemnastu lat — powiedział. — Popełniłem błąd.

— Nie zgubiłeś kluczy ani nie pomyliłeś terminu. Przez pół roku świadomie budowałeś nowe życie za moimi plecami i za moje pieniądze.

— Nadal jestem twoim mężem.

— Tylko na papierze. I już niedługo.

Rozłączyłam się.

Najbardziej bolało mnie to, że o zdradzie dowiedziałam się z plotek. Obcy ludzie znali prawdę o moim małżeństwie wcześniej niż ja.

Dziś nie wstydzę się jednak tego, że miasto przez kilka tygodni o nas mówiło. To Andrzej miał powody do wstydu. Ja zrobiłam tylko to, czego zupełnie się nie spodziewał — zamiast walczyć o niewiernego męża, zawalczyłam o siebie.