Kiedy moi znajomi jeździli na zagraniczne wczasy, ja brałam nadgodziny w szpitalu. Kiedy sąsiadka kupowała nowe auto, ja łatałam stare buty, odkładając każdy grosz na lokatę. Moje dłonie stały się szorstkie od pracy, a kręgosłup odmawiał posłuszeństwa, ale miałam tę jedną, kojącą myśl – mój syn nie będzie musiał brać kredytu na czterdzieści lat. Będzie wolny.

W dniu jego trzydziestych urodzin położyłam na stole klucze. Mieszkanie w starej kamienicy, wyremontowane, pachnące świeżością. Kamil płakał ze wzruszenia. Jego żona, Edyta, rzuciła mi się na szyję, dziękując za „najpiękniejszy dar”.

Wierzyłam, że kupiłam mu spokój. Nie wiedziałam, że kupiłam sobie bilet do piekła.

Miesiąc później przyszłam do nich bez zapowiedzi – miałam jeszcze stare zapasowe klucze, bo prosiła mnie o to Edyta, „na wszelki wypadek”. Chciałam przynieść im domowe pierogi i komplet ręczników. Weszłam cicho do przedpokoju, zdejmując płaszcz. Wtedy usłyszałam ten głos. Ostry, piskliwy, nasycony pogardą.

– Kamil, nie bądź dzieckiem! To mieszkanie to rudera w beznadziejnej dzielnicy. Po co nam ten sentymentalny grat? – krzyczała Edyta w salonie.

– Ale Edytko, mama tyle na to pracowała... To jej całe życie – odpowiedział Kamil, ale jego głos był słaby, stłumiony, jakby już się poddał.

– Twoja matka nie ma pojęcia o inwestowaniu! – Edyta uderzyła ręką w stół. – Sprzedamy to, dołożymy do apartamentu w centrum, a resztę zainwestujemy w moją firmę. Musimy to opchnąć, zanim ceny spadną. Powiesz jej, że lokalizacja nam nie pasuje, albo wymyślisz cokolwiek. Ona i tak nie ma już do tego prawa, to jest nasze.

Stałam w przedpokoju, ściskając w rękach torbę z pierogami. Nagle poczułam, jak każda godzina moich nadgodzin, każdy ból w plecach i każda odłożona złotówka zamieniają się w popiół. Edyta nie widziała w tym mieszkaniu mojej miłości. Widziała tylko gotówkę, którą można spieniężyć.

Najbardziej jednak zabolała mnie cisza Kamila. Czekałam, aż krzyknie, że to prezent od matki, że to świętość. Ale on milczał.

– Skarbie, pomyśl o tych pieniądzach... – kontynuowała Edyta, już spokojniej, niemal czule. – Po co nam to obciążenie? Sprzedamy, kupimy coś nowoczesnego, a twoją matkę będziemy odwiedzać raz w miesiącu, żeby nie marudziła.

Weszłam do salonu. Moje kroki na nowym parkiecie brzmiały jak wystrzały z pistoletu. Oboje zamarli. Edyta pobladła, a Kamil spuścił wzrok, nie potrafiąc spojrzeć mi w twarz.

– Nie musicie kłamać – powiedziałam, kładąc klucze na stole obok ich niedokończonej kolacji. – Słyszałam wszystko.

– Mamo, to nie tak... – zaczął Kamil, ale uciszyłam go ręką.

– Tak, Kamilu. Dokładnie tak. Przez trzydzieści lat odmawiałam sobie wszystkiego, żebyś ty miał fundament. Ale dzisiaj widzę, że zbudowałam go na piasku. Dałam ci dom, ale nie nauczyłam cię szacunku do mojej pracy.

Spojrzałam na Edytę, która już odzyskała rezon i patrzyła na mnie wyzywająco.

– Skoro to mieszkanie to taka „rudera”, to nie martwcie się. Notariusz może jeszcze cofnąć darowiznę z powodu rażącej niewdzięczności. Nie będę was „obciążać” moimi wyrzeczeniami.

Wyszłam, zostawiając ich w tej luksusowej ciszy, którą tak bardzo chcieli sprzedać. Dopiero na zewnątrz, w chłodnym wieczornym powietrzu, zrozumiałam jedno: mieszkanie można kupić, ale charakteru syna nie da się wyremontować.