Ile razy to słyszałam z jej ust?
Ile razy patrzyła mi w oczy, ściskała moją dłoń i mówiła, że mam szczęście, bo mój mąż to ideał?
Uśmiechałam się wtedy.
Bo w to wierzyłam.
Bo myślałam, że mam wszystko.
Ale nie wiedziałam, że ona miała więcej.
Że miała jego.
Poznałyśmy się jeszcze w liceum.
Znała mnie lepiej niż ktokolwiek inny.
Wiedziała, czego się boję.
Wiedziała, komu ufam.
I wiedziała, jak zabrać mi to, co kochałam najbardziej.
Nie dowiedziałam się od niego.
Nie miał odwagi spojrzeć mi w oczy i powiedzieć, że od miesięcy sypia z moją najlepszą przyjaciółką.
Nie dowiedziałam się też od niej.
Bo wciąż uśmiechała się, udając moją powierniczkę, jakby wszystko było w porządku.
Jakby nie zabierała mi mojego życia po kawałku.
Prawda przyszła do mnie przypadkiem.
Telefon.
SMS, który nie był do mnie.
„Nie mogę się doczekać, aż znów będziemy sami. Kocham cię.”
Poczułam, jak moje ciało zamarło.
Serce zaczęło bić tak mocno, że zagłuszało wszystkie myśli.
„Kiedy w końcu jej powiesz?”
Nie wiem, ile czasu tak stałam.
Nie wiem, ile razy przeczytałam te słowa, zanim odważyłam się oddychać.
Ale kiedy spojrzałam na nadawcę wiadomości, wszystko stało się jasne.
To ona.
Nie zrobiłam awantury.
Nie rzucałam talerzami, nie krzyczałam, nie płakałam w poduszkę.
Nie chciałam im dać tej satysfakcji.
Chciałam zobaczyć ich strach.
Ich wstyd.
Więc zaprosiłam ją na kawę.
Tak, jak robiłyśmy od lat.
Z uśmiechem, z czułością w głosie.
A potem położyłam telefon na stole.
Otworzyłam wiadomości.
I patrzyłam, jak jej twarz blednie.
— Więc to tak wygląda idealne małżeństwo, o którym mi opowiadałaś?
Nie zaprzeczyła.
Nie miała odwagi.
Jej spojrzenie błądziło gdzieś po ścianach, szukając ucieczki.
Ale ja jej nie dałam.
— Masz coś do powiedzenia?
Cisza.
— Nie? No cóż. Teraz ja mam coś do powiedzenia.
Wstałam.
— Mam nadzieję, że było warto.
Odeszłam.
Nie tylko od niej.
Nie tylko od niego.
Ale od wszystkiego, co kiedyś nazywałam swoim życiem.
Bo to życie było kłamstwem.
A ja nigdy więcej nie zamierzałam być jego częścią.