Płakała tak mocno, że przez kilka minut nie mogłam zrozumieć ani słowa.
— Marek kazał mi się wynosić — powiedziała w końcu. — Po trzydziestu latach małżeństwa zostałam bez domu.
Byłam wdową i samotnie mieszkałam w trzypokojowym mieszkaniu. Bez wahania zaproponowałam, żeby siostra zatrzymała się u mnie do czasu zakończenia rozwodu.
— Przyjeżdżaj. Rodzina jest od tego, żeby sobie pomagać.
Następnego dnia pojawiła się z dwiema walizkami i kilkoma kartonami. Oddałam jej sypialnię, a sama przeniosłam się do mniejszego pokoju. Zapewniała, że to tylko na kilka tygodni.
Minęło jednak osiem miesięcy.
Elżbieta nie dokładała się do czynszu ani jedzenia. Twierdziła, że mąż zablokował jej dostęp do wspólnego konta. Płaciłam za jej leki, telefon i wizyty u prawnika. Gdy dostałam czternastą emeryturę, pożyczyłam jej nawet trzy tysiące złotych na koszty rozwodu.
Siostra szybko przestała zachowywać się jak gość. Przestawiała moje meble, wyrzucała rzeczy, które uważała za stare, i zapraszała znajome bez pytania.
— Skoro mieszkamy razem, obie powinnyśmy czuć się swobodnie — mówiła.
Pewnego ranka poprosiła, żebym wyjęła z jej torby receptę. Kiedy ją podniosłam, źle zapięta klapa się otworzyła. Na podłogę wysypały się dokumenty.
Na jednej z kartek zobaczyłam jej nazwisko oraz adres, którego nie znałam.
Była to umowa najmu dwupokojowego mieszkania. Elżbieta figurowała jako jedyna właścicielka. Lokal wynajęła małżeństwu z dzieckiem za trzy tysiące dwieście złotych miesięcznie.
Data podpisania umowy przypadała trzy dni przed jej przeprowadzką do mnie.
Przeczytałam dokument kilka razy. Mieszkanie nie należało do jej męża i nie było częścią wspólnego majątku. Siostra odziedziczyła je po naszej ciotce jeszcze przed ślubem.
Przez osiem miesięcy pobierała czynsz od lokatorów, a mnie wmawiała, że została bez dachu nad głową.
Wieczorem położyłam umowę na stole.
— Kiedy zamierzałaś powiedzieć mi o swoim mieszkaniu?
Elżbieta na moment zamilkła, a potem wyrwała mi dokument z ręki.
— Grzebałaś w moich rzeczach?
— Sama poprosiłaś mnie o receptę. Dlaczego wynajęłaś swój lokal, skoro podobno nie masz gdzie mieszkać?
— Potrzebowałam pieniędzy na nowe życie.
— A ja nie potrzebuję pieniędzy? Utrzymuję nas obie z emerytury.
Siostra odpowiedziała, że jej mieszkanie jest małe i znajduje się daleko od centrum. U mnie miała osobny pokój, gotowe obiady i blisko do prawnika. Dochód z najmu odkładała, żeby po rozwodzie kupić apartament nad morzem.
— Przecież i tak mieszkasz sama — powiedziała. — Co ci szkodzi, że tu jestem?
— Szkodzi mi każde kłamstwo, za które płaciłam rachunki.
Zażądałam zwrotu trzech tysięcy złotych oraz części kosztów utrzymania. Dałam jej dwa tygodnie na znalezienie innego miejsca.
Wtedy zaczęła krzyczeć, że wyrzucam rozwódkę na ulicę. Zadzwoniła do naszej córki ciotecznej i opowiedziała, że zabrałam jej ostatnie pieniądze. Nie wspomniała o mieszkaniu ani o regularnym czynszu od lokatorów.
Zrobiłam zdjęcie umowy i pokazałam je rodzinie. Zapadła cisza.
Elżbieta przez kilka dni odmawiała wyprowadzki. Dopiero pisemne wezwanie przygotowane przez prawnika sprawiło, że spakowała rzeczy. Wynajęła dla siebie kawalerkę, ponieważ nie chciała rozwiązywać korzystnej umowy z rodziną zajmującą jej lokal.
Po miesiącu oddała mi pożyczone pieniądze. Za pozostałe koszty nie przeprosiła nigdy.
Twierdzi, że zniszczyłam naszą siostrzaną więź z powodu kilku rachunków. Ja wiem, że zrobiła to ona w chwili, gdy zapukała do moich drzwi i udawała bezdomną.
Elżbieta naprawdę szukała bezpłatnego dachu nad głową.
Nie dlatego, że nie miała własnego. Chciała, żeby jej mieszkanie zarabiało, podczas gdy ja miałam płacić za jej życie.