Problemy zaczęły się w ósmej klasie, gdy z kolejnych sprawdzianów z matematyki przynosił jedynki. Moja córka Monika twierdziła, że bez prywatnych lekcji wnuk może nie zdać egzaminu.

— Znalazłam świetną nauczycielkę — powiedziała. — Dwie lekcje tygodniowo kosztują sześćset złotych miesięcznie.

Suma była dla mnie duża, ale nie chciałam oszczędzać na przyszłości wnuka. Zgodziłam się przekazywać pieniądze aż do egzaminu. Zrezygnowałam z wyjazdu do sanatorium i przełożyłam zakup nowych okularów.

Przez pół roku, pierwszego dnia każdego miesiąca, Monika przychodziła po kopertę. Czasem opowiadała, jakie postępy robi Kuba.

— Pani Dorota mówi, że zaczyna wszystko rozumieć.

— Wczoraj rozwiązał całe zadanie bez pomocy.

— Jeśli tak dalej pójdzie, egzamin napisze na osiemdziesiąt procent.

Byłam dumna. Kiedy pytałam wnuka o lekcje, odpowiadał krótko i natychmiast zmieniał temat. Uznałam, że nastolatek po prostu nie chce rozmawiać o nauce.

Pewnego wieczoru zadzwoniła do mnie obca kobieta.

— Nazywam się Dorota Bielecka. Miała pani finansować korepetycje Kuby, prawda?

Potwierdziłam i od razu zapytałam, czy wnuk robi postępy.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Kuba nie pojawił się ani razu — powiedziała nauczycielka. — Jego mama kilkakrotnie przekładała pierwsze spotkanie. Później przestała odbierać telefon. Nie otrzymałam również żadnych pieniędzy.

Poczułam, że robi mi się zimno.

— Przecież od września co miesiąc daję córce sześćset złotych.

Nauczycielka wyjaśniła, że podczas pierwszej rozmowy Monika wpisała mój numer jako dodatkowy kontakt. Zadzwoniła, ponieważ przez kilka miesięcy bezskutecznie próbowała ustalić, czy lekcje w ogóle się rozpoczną.

Po rozmowie pojechałam do córki. Kuby nie było w domu. Na stole leżał nowy telefon Moniki, a na krześle wisiał płaszcz, którym chwaliła się podczas świąt.

— Jak idą korepetycje? — zapytałam.

— Bardzo dobrze. Pani Dorota mówi, że Kuba jest zdolny, tylko wcześniej nikt mu porządnie nie wytłumaczył materiału.

Włączyłam głośnik i zadzwoniłam do nauczycielki.

— Pani Doroto, czy Kuba był dziś na zajęciach?

— Nie. Nigdy u mnie nie był.

Twarz Moniki pobladła.

Najpierw twierdziła, że pomyliłam nauczycielki. Później krzyczała, że nie mam prawa jej kontrolować. W końcu przyznała, że pół roku wcześniej straciła pracę. Nie powiedziała mi o tym, ponieważ bała się, że uznam ją za nieodpowiedzialną. Moje pieniądze wydawała na ratę samochodu, kosmetyki i zakupy.

— Musiałam jakoś żyć — powiedziała. — Tobie sześćset złotych nie robi takiej różnicy.

— Dlatego zabrałaś je własnemu synowi?

— Kuba i tak nie chciał chodzić na korepetycje.

W tej chwili otworzyły się drzwi. Wnuk wrócił ze szkoły i usłyszał ostatnie zdanie.

— Mamo, mówiłaś, że babcia przestała płacić — wyszeptał.

Spojrzał na mnie ze łzami w oczach.

— Myślałem, że jesteś na mnie zła, bo dostałem jedynkę.

Dopiero wtedy zrozumiałam, dlaczego unikał rozmów o nauce. Córka okłamała nie tylko mnie. Wmówiła własnemu dziecku, że babcia uznała go za niewartego pomocy.

Wyjęłam z torebki sześć potwierdzeń wypłat, które zapisywałam w kalendarzu.

— Dałam ci trzy tysiące sześćset złotych. Oddasz każdą złotówkę.

— Chcesz zabrać pieniądze samotnej matce?

— Nie. Chcę odzyskać pieniądze, które samotna matka ukradła swojemu dziecku.

Od następnego tygodnia Kuba zaczął chodzić do pani Doroty. Opłaty przelewałam już bezpośrednio na jej konto. Córka musiała znaleźć pracę i zgodziła się zwracać mi pieniądze w ratach. Przez kilka miesięcy obwiniała mnie o to, że nastawiłam wnuka przeciwko niej.

Nie musiałam tego robić. Wystarczyło, że Kuba poznał prawdę.

Egzamin zdał lepiej, niż się spodziewaliśmy. Po ogłoszeniu wyników przytulił mnie i powiedział:

— Babciu, dziękuję, że naprawdę we mnie wierzyłaś.

Córka zabrała mi trzy tysiące sześćset złotych. Wnukowi odebrała jednak coś znacznie cenniejszego — pół roku nauki i pewność, że może ufać własnej matce.