Nie chciała wracać do rodzinnego domu, chociaż samotne wychowywanie jedenastoletniego Kuby nie było łatwe.
Po kilku miesiącach zadzwoniła zapłakana.
— Mamo, wszystko tak podrożało. Obiady w szkole, angielski, basen… Nie chcę, żeby Kuba czuł się gorszy od kolegów.
Zaproponowałam, że będę przekazywać jej dziewięćset złotych miesięcznie. Trzysta miało wystarczyć na szkolną stołówkę, czterysta na lekcje angielskiego, a reszta na basen i dojazdy.
Moja emerytura wynosiła niewiele ponad trzy tysiące siedemset złotych. Po opłaceniu rachunków i leków zostawało mi niewiele, ale nie narzekałam. Kupowałam tańsze jedzenie, przestałam chodzić do fryzjera i odłożyłam wymianę okularów.
Najważniejsze, żeby wnuk miał dobry start.
Co miesiąc Ewa przypominała o przelewie.
— Anglistka podniosła cenę — mówiła.
— Szkoła doliczyła opłatę za podwieczorki.
— Kuba potrzebuje nowego stroju na basen.
Czasem wysyłałam nawet więcej. Byłam przekonana, że pomagam dziecku, a nie córce.
Pewnego dnia w szkole odbywał się kiermasz. Kuba poprosił, żebym przyszła zobaczyć wykonany przez niego model samolotu. Dotarłam wcześniej i usiadłam na ławce przed salą gimnastyczną.
Po chwili usłyszałam głos Ewy. Stała za uchylonymi drzwiami i rozmawiała z inną matką.
— Skąd bierzesz pieniądze na kosmetyczkę i te wszystkie wyjścia? — zapytała kobieta.
Córka roześmiała się.
— Mam swoje kieszonkowe.
— Przecież mówiłaś, że ledwo wystarcza ci do pierwszego.
— Oficjalnie mama płaci na obiady i zajęcia Kuby. Dziewięćset złotych miesięcznie. Czasem dorzuca jeszcze dwieście, jak dobrze ją podejdę.
Poczułam, jak robi mi się słabo.
— A Kuba naprawdę chodzi na te wszystkie zajęcia?
— Chodził. Z angielskiego zrezygnował przed świętami, a na basen nie chce mu się wstawać w soboty. Mama nie musi o wszystkim wiedzieć. Emeryturę dostaje regularnie, a ja też mam prawo mieć coś z życia.
Kobieta zaśmiała się razem z nią.
Siedziałam nieruchomo, ściskając torebkę. Przez ponad rok przekazałam córce przeszło jedenaście tysięcy złotych. W tym czasie chodziłam w popękanych butach i dzieliłam tabletki na pół, żeby wystarczyły do następnej recepty.
Ewa wyszła zza drzwi i zamarła na mój widok.
— Mamo… długo tu siedzisz?
— Wystarczająco długo, żeby dowiedzieć się, że opłacam ci kieszonkowe.
Natychmiast zaczęła tłumaczyć, że źle zrozumiałam. Zapewniała, że pieniądze i tak służyły rodzinie. Kupiła za nie ubrania, zatankowała samochód, kilka razy wyszła ze znajomymi.
— Samotna matka też potrzebuje odpocząć — powiedziała z pretensją. — Naprawdę żałujesz mi fryzjera i kawy?
— Nie żałowałabym, gdybyś poprosiła o pomoc dla siebie. Ty jednak wykorzystałaś Kubę, żeby mnie okłamywać.
Wtedy podszedł do nas wnuk. Trzymał w dłoniach papierowy samolot.
— Babciu, dlaczego mama mówi, że nie zapłaciłaś za angielski? — zapytał. — Pani przestała mnie wpuszczać na zajęcia.
Ewa pobladła.
Okazało się, że Kuba nie zrezygnował z lekcji. Córka od trzech miesięcy nie płaciła nauczycielce, chociaż nadal brała ode mnie pełną kwotę. Obiady również wykupiła tylko do końca poprzedniego semestru. Wnuk przynosił do szkoły kanapki i wierzył, że przestałam mu pomagać.
To zabolało najbardziej. Ewa nie tylko mnie oszukiwała. Przekonała własnego syna, że babcia o nim zapomniała.
Tego samego dnia anulowałam stały przelew. Skontaktowałam się ze szkołą i nauczycielką angielskiego. Od tej pory wszystkie opłaty regulowałam bezpośrednio, na podstawie rachunków. Resztę pieniędzy zaczęłam odkładać na konto oszczędnościowe dla Kuby.
Córka przez kilka tygodni nie pozwalała wnukowi do mnie przychodzić. Oskarżała mnie, że ją upokorzyłam i próbuję kontrolować jej życie. Zmieniła zdanie dopiero wtedy, gdy zabrakło jej pieniędzy na ratę za telefon.
— Jesteś moją matką. Powinnaś mi pomóc — powiedziała.
— Pomagałam ci przez całe życie. Ale nie będę już płacić za kłamstwa.
Nadal wspieram Kubę. Ma opłacone obiady, wrócił na angielski i sam zdecydował, że zamiast basenu chce chodzić na modelarstwo. Każda złotówka trafia tam, gdzie powinna.
Przez rok sądziłam, że odbieram sobie drobne przyjemności, aby wnukowi niczego nie brakowało. Tymczasem to jemu brakowało obiadów i zajęć, żeby jego matka mogła mieć „kieszonkowe”.
Nie straciłam wtedy dziewięciuset złotych.
Straciłam złudzenie, że własna córka nigdy nie wykorzysta miłości do wnuka przeciwko mnie.