Miałam coraz słabszy wzrok, a bankowość internetowa była dla mnie czarną magią. Piotr ustawił wszystkie płatności na swoim komputerze i co miesiąc mówił mi, ile mam mu przelać.

Początkowo czynsz wynosił dziewięćset dwadzieścia złotych. Po kilku miesiącach syn oznajmił, że spółdzielnia wprowadziła ogromną podwyżkę.

— Teraz wychodzi tysiąc sześćset — powiedział. — Ogrzewanie, fundusz remontowy, śmieci. Wszystko poszło w górę.

Kwota mnie przeraziła. Moja emerytura wynosiła trzy tysiące sześćset złotych. Po zapłaceniu czynszu, prądu i wykupieniu leków zostawało niewiele.

Piotr zapewniał jednak, że nie mam wyboru.

— Jeśli nie zapłacisz, naliczą odsetki. Później przyjdzie komornik.

Co miesiąc przekazywałam mu tysiąc sześćset złotych. Zrezygnowałam z rehabilitacji, zaczęłam kupować tańsze leki zamienne i przestałam odwiedzać siostrę, ponieważ bilet kolejowy kosztował zbyt dużo.

Syn natomiast opowiadał rodzinie, że musi mi pomagać finansowo.

— Mama nie radzi sobie z emerytury — usłyszałam podczas świątecznego obiadu. — Gdyby nie ja, dawno miałaby długi.

Zrobiło mi się wstyd. Podziękowałam mu przy wszystkich, chociaż nigdy nie dostałam od niego nawet złotówki.

Prawda wyszła na jaw przez przypadek. Sąsiadka z tego samego piętra przyszła pożyczyć cukier. Rozmawiałyśmy o rosnących cenach i powiedziałam, że mój czynsz przekroczył tysiąc sześćset złotych.

— Niemożliwe — zdziwiła się. — Mamy mieszkania o identycznym metrażu. Ja płacę dziewięćset osiemdziesiąt.

Następnego dnia poszłam do spółdzielni. Pracownica poprosiła o dowód osobisty, sprawdziła dane, a następnie wydrukowała historię opłat.

Mój czynsz wynosił dziewięćset osiemdziesiąt cztery złote. Na koncie nie było żadnych zaległości.

— A te tysiąc sześćset złotych? — zapytałam.

— Nigdy nie naliczaliśmy pani takiej kwoty.

Poczułam, jak drętwieją mi dłonie. Od czternastu miesięcy syn zabierał ode mnie o ponad sześćset złotych za dużo. Łącznie przywłaszczył prawie dziewięć tysięcy złotych.

Poprosiłam o wydruk każdego rozliczenia. Potem pojechałam do banku. Okazało się, że czynsz był opłacany z konta Piotra, ale reszta moich przelewów zostawała u niego.

Wieczorem położyłam dokumenty na jego stole.

— Dlaczego mnie okradałeś?

— Nie okradałem — odpowiedział. — Płaciłem rachunki i zajmowałem się twoimi sprawami.

— Za kilka przelewów brałeś ponad sześćset złotych miesięcznie?

Wtedy przyznał, że uznał te pieniądze za wynagrodzenie. Tłumaczył, że woził mnie czasem do lekarza i odbierał recepty. Nie wspomniał, że zawsze zwracałam mu za paliwo.

— Należało mi się coś za stracony czas — powiedział. — Mam własną rodzinę.

Z pokoju wyszła jego żona.

— Przecież te pieniądze szły na ratę za samochód — rzuciła. — Nie udawaj teraz świętego.

Piotr zbladł. Samochód, którym tak się chwalił, częściowo opłacałam ja — rezygnując z rehabilitacji i licząc każdą złotówkę w aptece.

— Najgorsze nie jest to, że zabierałeś pieniądze — powiedziałam. — Najgorsze, że opowiadałeś wszystkim, iż to ty utrzymujesz mnie.

Syn próbował mnie przekonać, żebym nie robiła awantury. Ostrzegł, że jeśli powiem o wszystkim rodzinie, przestanie mi pomagać.

Nazajutrz odwołałam jego pełnomocnictwo i ustawiłam z pomocą pracownicy banku bezpośrednie opłaty. Kopie dokumentów wysłałam córce oraz pozostałym krewnym. Nie chciałam już dłużej uchodzić za ciężar, który Piotr rzekomo finansował.

Zażądałam zwrotu pieniędzy. Kiedy odmówił, prawnik przygotował pisemne wezwanie do zapłaty. Dopiero wtedy syn zgodził się oddawać mi należność w miesięcznych ratach.

Od tamtej pory samodzielnie sprawdzam każdy rachunek. Wróciłam też na rehabilitację i pierwszy raz od dawna pojechałam do siostry.

Piotr twierdził, że bez jego pomocy stracę mieszkanie. Tymczasem to nie spółdzielnia podnosiła mi opłaty.

To mój własny syn co miesiąc podnosił cenę mojego zaufania.