Elżbieta decydowała, ile możemy wydać, pilnowała, żebym brał leki na nadciśnienie, i denerwowała się, gdy wracałem późno bez telefonu.

— Nie jedz tyle tłustego, serce masz tylko jedno.

— Nie kupuj kolejnego sprzętu na raty, jeszcze spłacamy samochód.

— Zadzwoń, jeśli masz się spóźnić. Martwię się.

Każde jej zdanie odbierałem jak rozkaz. Nie widziałem troski. Widziałem kobietę, która chce mną rządzić.

Monikę poznałem krótko przed sześćdziesiątymi urodzinami. Była o czternaście lat młodsza, roześmiana i zawsze elegancka. Przychodziła do hurtowni budowlanej, w której pracowałem. Zaczęło się od kawy, później były wiadomości, a w końcu spotkania w wynajmowanym pokoju.

— Przy mnie nie musisz nikogo pytać o zgodę — szeptała. — Zasługujesz na prawdziwe życie.

Po ośmiu miesiącach romansu wróciłem do domu, wyjąłem walizkę i oznajmiłem Elżbiecie, że odchodzę.

Nie krzyczała. Stała w kuchni z mokrymi rękami, bo właśnie myła naczynia.

— Jest ktoś inny? — zapytała.

— Tak. Przy niej czuję się wolny.

— A przy mnie czułeś się więźniem?

— Kontrolowałaś każdy mój krok.

Elżbieta wytarła dłonie w ścierkę.

— Pilnowałam leków, bo raz zabrała cię karetka. Liczyłam pieniądze, bo dwukrotnie spłacałam twoje pożyczki. Czekałam po nocach, bo nie wiedziałam, czy leżysz gdzieś przy drodze. Jeżeli nazywasz to więzieniem, nie będę cię zatrzymywać.

Liczyłem, że zacznie błagać. Jej spokój zabolał mnie bardziej niż awantura.

Z Moniką zamieszkałem w wynajętym apartamencie. Pierwsze miesiące były jak niekończące się wakacje. Jeździliśmy nad morze, chodziliśmy do restauracji, kupiłem skórzaną kurtkę i zegarek, na który wcześniej „żona nigdy by mi nie pozwoliła”.

Pieniądze znikały, ale Monika powtarzała, że żyje się tylko raz. Wziąłem kredyt, żeby opłacić wyjazd do Grecji. Potem dołożyłem jej do samochodu. Obiecywałem, że po podziale majątku kupimy własne mieszkanie.

Kiedy dowiedziała się, że po spłacie kredytu hipotecznego i rozliczeniu naszych zobowiązań dostanę znacznie mniej, niż oczekiwała, po raz pierwszy zobaczyłem jej inną twarz.

— Czyli wyciągnąłeś mnie z mojego życia dla stu kilkudziesięciu tysięcy? — zapytała.

— Myślałem, że jesteśmy razem z miłości.

— Miłość nie opłaci czynszu.

Od tamtej pory wszystko zaczęło się zmieniać. Monika krytykowała moje ubrania, znajomych i zarobki. Zabraniała mi spotykać się z dziećmi, bo po każdej rozmowie z nimi byłem przygnębiony. Gdy przynosiłem wypłatę, pytała, dlaczego tak mało. Kiedy chciałem zostać w domu, nazywała mnie starym człowiekiem.

Uciekłem od rzekomego dyktanda żony prosto pod prawdziwe dyktando kochanki.

Najgorsze wydarzyło się rok później. Straciłem pracę, a niedługo potem trafiłem do szpitala z zaburzeniami rytmu serca. Monika odwiedziła mnie tylko raz.

— Nie oczekuj, że będę twoją pielęgniarką — powiedziała. — Umawialiśmy się na inne życie.

Były to niemal te same słowa, którymi kiedyś odpłacałem Elżbiecie, gdy prosiła, żebym bardziej o siebie dbał.

Po wyjściu ze szpitala znalazłem swoją walizkę na klatce schodowej. Klucz nie pasował do zamka. Monika otworzyła dopiero po długim dzwonieniu.

— Poznałam kogoś — oznajmiła. — Młodszego. Nie mam zamiaru spędzić najlepszych lat, opiekując się chorym człowiekiem.

Przypomniałem jej samochód, wakacje i pieniądze.

— Sam chciałeś je wydawać — odpowiedziała, używając dokładnie tego samego argumentu, którym ja usprawiedliwiałem odejście od żony.

Zadzwoniłem do syna. Nie chciał mnie przyjąć.

— Powtarzasz, że zostawiłeś mamę, a nie nas — powiedział. — Ale nie było cię na urodzinach wnuczki. Nie przyjechałeś, gdy mama miała operację. Nie odbierałeś telefonów, bo Monika chciała mieć spokój. Zostawiłeś nas wszystkich.

Pojechałem więc do dawnego mieszkania. Elżbieta otworzyła drzwi, ale nie zaprosiła mnie do środka. Wyglądała inaczej. Obcięła włosy, schudła i miała w oczach spokój, którego wcześniej nie dostrzegałem.

— Monika mnie wyrzuciła — powiedziałem. — Popełniłem błąd. Może moglibyśmy spróbować jeszcze raz?

Elżbieta długo na mnie patrzyła.

— Wybaczyłam ci, bo nie chcę do końca życia nosić w sobie gniewu. Ale przebaczenie nie oznacza powrotu. Przez trzydzieści cztery lata troszczyłam się o ciebie, a ty nazywałeś to dyktaturą. Teraz po raz pierwszy troszczę się o siebie.

Zamknęła drzwi.

Wynająłem niewielką kawalerkę. Sam pilnuję leków, liczę każdą złotówkę i ustawiam budzik, żeby nie zapomnieć o wizycie u kardiologa. Robię dokładnie to, co kiedyś robiła dla mnie żona.

Dopiero gdy nikt nie czekał na mój powrót, zrozumiałem, że nie uciekłem od więzienia.

Uciekłem od jedynej osoby, która przez całe życie próbowała utrzymać mnie przy sobie — i przy życiu.