To on zbudował altanę, posadził jabłonie i nauczył mnie rozpoznawać, kiedy pomidory potrzebują więcej wody. Po jego odejściu nadal przyjeżdżałam tam każdego dnia.
Pewnego ranka zauważyłam, że z grządek zniknęły ogórki. Kilka dni później ktoś wyrwał marchew i zerwał niemal wszystkie dojrzałe pomidory. Początkowo podejrzewałam zwierzęta, ale na ziemi znalazłam ślady butów.
Zapytałam sąsiada, pana Romana, czy czegoś nie widział. Opuścił wzrok i zaczął nerwowo poprawiać czapkę.
— Pewnie dzieciaki — odpowiedział. — Teraz młodzież nie ma szacunku do cudzej własności.
Nie uwierzyłam mu. Wielokrotnie widziałam, jak obserwował moje grządki przez ogrodzenie. Kiedy zniknęła dynia, którą hodowałam od wiosny, straciłam cierpliwość.
— Jeżeli jeszcze raz coś zginie, zawiadomię policję — powiedziałam głośno, patrząc w stronę jego działki.
Roman nie odpowiedział.
Kupiłam niewielką kamerę z czujnikiem ruchu i zamontowałam ją pod dachem altany. Tej samej nocy telefon obudził mnie kilka minut po trzeciej.
Na ekranie zobaczyłam sąsiada przechodzącego przez dziurę w ogrodzeniu. Towarzyszyły mu jednak dwie małe postacie. Byli to jego wnukowie — może ośmioletnia dziewczynka i młodszy chłopiec.
Roman podawał im pomidory, ziemniaki i cukinie, a dzieci wkładały wszystko do plecaka.
Już chciałam zadzwonić na policję, gdy mikrofon kamery zarejestrował głos chłopca.
— Dziadku, czy dzisiaj mama też coś zje?
— Zje, Pawełku. Starczy dla wszystkich — odpowiedział sąsiad.
Dziewczynka nagle usiadła na ziemi.
— Źle się czuję — wyszeptała.
Roman rzucił torbę i uklęknął przy niej. Dziecko przechyliło się na bok. Sąsiad próbował podnieść wnuczkę, ale sam ledwo utrzymywał równowagę.
Nie zastanawiałam się długo. Wsiadłam do samochodu i pojechałam na działkę. Zastałam Romana siedzącego pod altaną z nieprzytomną dziewczynką na rękach. Zadzwoniłam po pomoc.
Kiedy usłyszał nadjeżdżającą karetkę, rozpłakał się.
— Proszę nie zgłaszać kradzieży. Oddam wszystko. Tylko niech pani nie pozwoli, żeby zabrali mi dzieci.
W szpitalu dziewczynka odzyskała przytomność. Roman opowiedział mi wtedy prawdę. Jego córka uciekła od agresywnego męża i zamieszkała z dziećmi w jego małym domu. Była chora i nie mogła pracować, a na przyznanie pomocy wciąż czekali. Z emerytury sąsiada po opłaceniu rachunków zostawało niewiele.
— Przez dwa dni jedliśmy tylko chleb — przyznał. — Wstydziłem się prosić. Pomyślałem, że zabiorę po kilka warzyw. Potem dzieci zaczęły chodzić ze mną, bo nie chciałem zostawiać ich samych.
— Dlaczego nie przyszedł pan do mnie?
— Bo łatwiej było mi zostać złodziejem niż żebrakiem.
Nadal byłam zła. Każdy pomidor i każda marchew wymagały mojej pracy. Roman wszedł na mój teren, okłamał mnie i wciągnął w to dzieci.
Nie zadzwoniłam jednak na policję.
Następnego dnia zawiozłam do jego domu dwie torby jedzenia. Pomogłam też jego córce skontaktować się z ośrodkiem pomocy i lokalną fundacją. Roman próbował całować mnie po rękach, ale go powstrzymałam.
— Nie chcę podziękowań. Chcę, żeby już nigdy pan nie kradł.
— Obiecuję.
— Jeśli potrzebujecie warzyw, przyjdziecie w dzień. W zamian pomoże mi pan przy cięższych pracach.
Od tamtej pory razem pielęgnujemy działkę. Dzieci dostały własną małą grządkę. Posadziły na niej marchew i codziennie pytają, czy już można ją wyciągnąć.
Kamera nadal wisi pod dachem altany. Nie nagrywa już nocnych kradzieży. Czasami widzę na ekranie Romana, który podlewa pomidory, oraz jego wnuki biegnące z konewkami.
Sąsiad rzeczywiście nie działał sam. Towarzyszyły mu głodne dzieci, które zamiast spokojnie spać, pomagały dziadkowi zdobywać jedzenie.
Chciałam użyć nagrania, by ukarać złodzieja. Tymczasem kamera pokazała mi dramat rozgrywający się kilka metrów od mojego ogrodzenia — dramat, którego wcześniej nie chciałam lub nie potrafiłam zauważyć.