Przez czterdzieści sześć lat zasypiał obok mnie, a teraz jego strona łóżka była pusta. W domu nadal stały kapcie, okulary i niedopita kawa w ulubionym kubku.
Myślałam, że dzieci pomogą mi przetrwać najgorszy czas. Anna i Marcin przyjechali następnego dnia. Zamiast jednak usiąść ze mną i wspominać ojca, zaczęli otwierać szafy.
— Trzeba zrobić porządek — powiedziała córka. — Im szybciej pozbędziesz się jego rzeczy, tym lepiej.
Marcin zabrał zegarek ojca, komplet narzędzi i stary aparat fotograficzny.
— Tata chciałby, żebym je miał — oznajmił.
Nie zapytał mnie o zgodę.
Anna spakowała płaszcze, książki i płyty Henryka. Kiedy zobaczyłam, że zdejmuje z półki jego kapelusz, wyrwałam go jej z rąk.
— Zostawcie wszystko! Minęły dopiero trzy dni!
Córka spojrzała na mnie z irytacją.
— Mamo, nie możesz urządzić tu muzeum.
Przez następne tygodnie dzieci dzwoniły codziennie. Nie pytały, czy jem ani czy śpię. Chciały wiedzieć, co postanowiłam w sprawie domu.
— Po co ci cztery pokoje i ogród? — powtarzał Marcin. — Sprzedamy dom, kupimy ci małe mieszkanie, a resztę pieniędzy rozsądnie podzielimy.
Słowo „podzielimy” zabrzmiało jak policzek.
Dom odziedziczyłam po rodzicach. To ja byłam jego właścicielką. Henryk dobudował taras i przez lata pielęgnował ogród, ale dzieci zachowywały się tak, jakby budynek już należał do nich.
Pewnej soboty Anna przyjechała z obcym mężczyzną.
— To pan Krzysztof z biura nieruchomości — powiedziała. — Tylko obejrzy dom i zrobi zdjęcia.
— Nie zamierzam niczego sprzedawać.
— Nie bądź uparta. W twoim wieku wszystko może się wydarzyć. Nie powinnaś mieszkać sama.
Agent stał w przedpokoju i udawał, że nie słyszy naszej kłótni. Córka oprowadzała go po pokojach, opowiadając, które ściany można wyburzyć. Gdy weszli do sypialni, w której nadal wisiał szlafrok Henryka, coś we mnie pękło.
— Proszę wyjść z mojego domu — powiedziałam do mężczyzny.
Anna poczerwieniała.
— Robisz z nas potwory, chociaż chcemy ci pomóc!
— Nie chcecie mi pomóc. Chcecie podzielić pieniądze, zanim zdążę przeżyć żałobę.
Wieczorem przyjechał Marcin. Razem postawili mi ultimatum: albo zgodzę się na sprzedaż, albo mam nie liczyć na ich pomoc.
— Przecież i tak długo tu nie pomieszkasz — rzucił syn. — My też mamy swoje potrzeby.
Te słowa zapamiętam do końca życia.
Poprosiłam, żeby oddali klucze. Odmówili, więc następnego dnia wymieniłam zamki. Przez dwa miesiące żadne z nich się nie odezwało. Święta spędziłam sama, przy stole nakrytym dla jednej osoby. Najbardziej bolało, że nie pozwolili przyjechać wnukom.
Wtedy zrozumiałam, że dzieci wykorzystywały moją samotność jako karę. Liczyły, że pęknę i podpiszę wszystko, czego zażądają.
Nie pękłam.
Spotkałam się z prawnikiem i uporządkowałam dokumenty. Rok później sama zdecydowałam się sprzedać dom. Nie dlatego, że dzieci miały rację, lecz dlatego, że każdy kąt przypominał mi o Henryku.
Kupiłam mniejsze mieszkanie w spokojnej okolicy, a za część pieniędzy pojechałam na wycieczkę, o której marzyliśmy z mężem. Resztę zabezpieczyłam na własną przyszłość.
Kiedy dzieci dowiedziały się o sprzedaży, natychmiast przyjechały.
— Gdzie są pieniądze? — zapytała Anna.
— Na moim koncie.
— Mieliśmy je podzielić!
— Wy dzieliliście moje życie, jakby już się skończyło. Tymczasem ja nadal żyję i sama zdecyduję, co zrobię z tym, co należy do mnie.
Marcin nazwał mnie egoistką. Anna powiedziała, że ojciec byłby mną rozczarowany. Po raz pierwszy ich słowa nie wzbudziły we mnie poczucia winy.
Po odejściu męża bałam się pustego domu. Dzieci pokazały mi jednak, że znacznie gorsza od samotności jest obecność ludzi, którzy nie widzą w tobie matki, lecz przeszkodę stojącą między nimi a przyszłym spadkiem.