Od odejścia taty nosiła wyłącznie ciemne ubrania, rzadko wychodziła z domu i nie interesowało jej nic poza wnukami.
To ja namówiłam ją na wyjazd.
— Odpoczniesz, przejdziesz zabiegi i poznasz ludzi — przekonywałam.
Nie spodziewałam się, że po trzech tygodniach na dworcu zobaczę kobietę w czerwonym płaszczu, z pomalowanymi ustami i włosami przyciętymi do ramion. Obok niej stał opalony mężczyzna, który trzymał jej walizkę.
— To Wiktor — przedstawiła go mama. — Poznaliśmy się na wieczorku tanecznym.
Wiktor pocałował ją w dłoń. Myślałam, że zapadnę się pod ziemię.
W samochodzie mama bez przerwy opowiadała o tańcach, wycieczkach i kinie. Twierdziła, że Wiktor jest wdowcem, ma siedemdziesiąt dwa lata i mieszka zaledwie kilkanaście kilometrów od niej.
— Umówiliśmy się na sobotę — oznajmiła. — Zabiera mnie na koncert.
— W sobotę miałaś zostać z dziećmi — przypomniałam.
— Nie umawiałyśmy się. Powiedziałaś tylko, że masz plany.
Pierwszy raz w życiu mama odmówiła mi opieki nad wnukami.
W kolejnych tygodniach niemal jej nie poznawałam. We wtorki chodziła na gimnastykę, w czwartki na potańcówki, a weekendy spędzała z Wiktorem. Przestała przywozić nam obiady i odbierać dzieci ze szkoły.
Kiedy zadzwoniłam z prośbą, żeby ugotowała pierogi na urodziny córki, odpowiedziała:
— Dam ci przepis. W piątek idę z Wiktorem do kina.
Poskarżyłam się bratu.
— Ten facet na pewno poluje na mieszkanie — stwierdził Tomek. — Trzeba przemówić jej do rozsądku.
Zaprosiliśmy Wiktora na obiad. Zamiast go poznać, urządziliśmy mu przesłuchanie. Pytaliśmy o emeryturę, mieszkanie i dzieci. Mama siedziała obok coraz bardziej czerwona.
— Mam własny dom i nie potrzebuję majątku Krystyny — odpowiedział spokojnie. — Lubię ją, ponieważ potrafi mnie rozśmieszyć.
— Mama nie jest taka — wyrwało mi się.
Wiktor spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
— Może po prostu dawno nie miała przy kim się śmiać.
Po jego wyjściu mama zrobiła nam awanturę.
— Traktowaliście go jak złodzieja!
— Bronimy cię. Nie wiadomo, czego chce od samotnej kobiety z mieszkaniem.
— A może to ja chcę czegoś od życia?
Kilka dni później dowiedzieliśmy się, że mama planuje z Wiktorem wyjazd nad morze. Zamierzała zapłacić za swoją część z oszczędności.
Tomek wpadł w panikę.
— To pieniądze po tacie! Nie może ich wydawać na kochanka.
Spotkaliśmy się u mnie i zaczęliśmy zastanawiać się, czy nie powinniśmy przejąć kontroli nad jej finansami. Rozważaliśmy rozmowę z lekarzem i pełnomocnictwo do konta.
Nie wiedzieliśmy, że mama stoi za drzwiami.
— Chcecie zrobić ze mnie osobę niezdolną do podejmowania decyzji, bo wydałam własne pieniądze na tygodniowy wyjazd? — zapytała.
Próbowałam tłumaczyć, że się martwimy.
— Nie martwicie się o mnie. Martwicie się o to, co po mnie zostanie.
— To nieprawda!
— Naprawdę? Odkąd wróciłam, ani razu nie zapytałaś, czy jestem szczęśliwa. Pytałaś tylko, kto odbierze dzieci i ile kosztuje wyjazd.
Wtedy mama powiedziała coś, czego nigdy wcześniej nie słyszałam.
Przed sanatorium każdego ranka zastanawiała się, po co wstawać z łóżka. Czuła, że po odejściu taty nie jest już kobietą, tylko darmową opiekunką, kucharką i przyszłym spadkiem. Pojechała na leczenie, bo nie chciała martwić nas swoim smutkiem.
— Wiktor poprosił mnie do tańca — wyszeptała. — Przez trzy minuty ktoś patrzył na mnie jak na kobietę, a nie jak na starą matkę, która ma być zawsze gotowa do pomocy.
Tomek spuścił wzrok. Ja nadal próbowałam bronić swojego zachowania.
— Zupełnie cię nie poznaję.
Mama założyła płaszcz.
— Bo znałaś tylko tę wersję mnie, która niczego od ciebie nie chciała i nigdy nie mówiła „nie”.
Przez miesiąc się do mnie nie odzywała. Nie pojechała również nad morze, bo po naszej awanturze Wiktor uznał, że nie chce niszczyć jej relacji z dziećmi.
Dopiero wtedy zrozumiałam, co zrobiłam.
Odnalazłam go i powiedziałam, że mama od dawna nie była tak szczęśliwa. Poprosiłam, żeby nie rezygnował przez nas.
W sobotę poszłam na potańcówkę. Zobaczyłam mamę w granatowej sukience, tańczącą z Wiktorem. Wyglądała młodziej niż w dniu mojego ślubu.
Podeszłam do niej i przeprosiłam. Nie za to, że się bałam, lecz za to, że pomyliłam troskę z prawem do decydowania o jej życiu.
Wysłałam do sanatorium cichą, posłuszną mamę, a odebrałam pewną siebie kobietę. Długo nazywałam ją obcą, zanim zrozumiałam, że to nie sanatorium ją zmieniło. Ono tylko oddało jej część siebie, którą my przez lata kazaliśmy jej poświęcać dla rodziny.