Siedziała na składanym stołeczku, owinięta w za duży płaszcz. Nie wyciągała ręki po pieniądze. Na kartoniku napisała tylko: „Proszę o coś do jedzenia”.
Kupiłam jej bułki, ser i gorącą herbatę.
— Niech pani nie wydaje na mnie za dużo — powiedziała. — Chleb wystarczy.
Od tamtej pory widywałam ją niemal codziennie. Czasem przynosiłam zupę, innym razem owoce albo leki przeciwbólowe. Dowiedziałam się, że nocuje w opuszczonej altanie. Kiedy zrobiło się zimno, kupiłam jej ciepłe buty i opłaciłam kilka nocy w hostelu.
Mój mąż, Robert, początkowo niczego nie zauważał. Prowadziliśmy osobne konta, więc pomagałam ze swojej pensji. Wszystko zmieniło się, gdy przypadkiem zobaczył paragon za buty.
— Wydałaś prawie trzysta złotych na obcą kobietę?
— Miała przemoknięte trampki.
— Takie osoby doskonale wiedzą, jak wzbudzać litość.
Kilka dni później zobaczył mnie z panią Janiną przed piekarnią. Zatrzymał samochód, ale nie wysiadł. Przez szybę patrzył na staruszkę tak, jakby zobaczył kogoś, kogo się boi.
Wieczorem zrobił mi awanturę.
— Jak długo zamierzasz pomagać tej staruszce? Wydajesz na nią wszystkie pieniądze!
— To moje pieniądze. Poza tym nie wydaję wszystkich.
— Nie chcę, żebyś więcej z nią rozmawiała.
Jego reakcja była zupełnie nieproporcjonalna. Zapytałam, czy ją zna, ale natychmiast zaprzeczył.
Następnego dnia pani Janiny nie było pod piekarnią. Nie pojawiła się również później. Zaniepokojona poszłam do altany, o której mi opowiadała. Znalazłam ją leżącą na starym materacu. Miała gorączkę i nie potrafiła samodzielnie wstać.
Wezwałam karetkę.
W szpitalu pielęgniarka poprosiła mnie, żebym zajrzała do jej torby i poszukała dokumentów. Między ubraniami znalazłam dowód osobisty oraz stare zdjęcie.
Na fotografii stała młoda Janina, trzymając za rękę kilkuletniego chłopca. Miał charakterystyczną bliznę nad lewą brwią.
Taką samą jak Robert.
Odwróciłam zdjęcie. Na odwrocie ktoś napisał: „Janina i Robert, lato 1985”.
Kiedy staruszka odzyskała przytomność, położyłam fotografię na jej szpitalnym stoliku.
— Kim jest ten chłopiec?
Spojrzała na mnie, a potem zamknęła oczy.
— Moim synem.
Poczułam, jak serce zaczyna mi walić.
Robert powiedział mi kiedyś, że jego matka odeszła, gdy był jeszcze młody. Twierdził, że został tylko z ojcem i przez lata nie miał z nią kontaktu. Nigdy nie pokazał mi jej zdjęcia.
Pani Janina opowiedziała zupełnie inną historię.
Po odejściu męża samotnie wychowała syna. Pracowała jako sprzątaczka w szkole, brała dodatkowe zlecenia i odkładała każdą złotówkę. Kilka lat przed naszym ślubem Robert namówił ją na sprzedaż mieszkania.
— Mówił, że potrzebuje pieniędzy na firmę — wyszeptała. — Obiecał, że kupi mi małą kawalerkę, gdy interes zacznie przynosić zyski.
Przekazała mu prawie trzysta tysięcy złotych. Przez pewien czas opłacał jej wynajmowany pokój. Później przelewy zaczęły przychodzić nieregularnie, aż w końcu ustały. Gdy właścicielka wypowiedziała umowę, Janina próbowała skontaktować się z synem.
Robert zmienił numer.
— Znalazłam go kilka miesięcy temu — powiedziała. — Zobaczyłam samochód przed piekarnią. Chciałam tylko porozmawiać, ale kazał mi zniknąć z jego życia.
Wróciłam do domu ze zdjęciem w torebce. Robert siedział przed telewizorem.
Położyłam fotografię na stole.
Zbladł.
— Byłaś u niej?
— Powiedziałeś mi, że twojej matki już nie ma.
— Dla mnie nie istnieje.
— Sprzedała mieszkanie, żeby dać ci pieniądze.
— Sama podpisała dokumenty. Nikt jej nie zmuszał.
— Obiecałeś zapewnić jej dach nad głową.
Robert wstał i zaczął chodzić po pokoju. Tłumaczył, że firma upadła, że pieniądze przepadły i że matka zawsze była trudna. Gdy zapytałam, dlaczego później kupił nowe auto i dołożył do naszego domu, odwrócił wzrok.
Wtedy zrozumiałam, że część pieniędzy, dzięki którym żyliśmy wygodnie, pochodziła ze sprzedaży mieszkania pani Janiny.
— Ona chce mnie zniszczyć — powiedział. — Dlatego znalazła ciebie.
— Nie szukała mnie. Siedziała głodna przed piekarnią.
— Jeśli dalej będziesz jej pomagać, możesz się wyprowadzić.
Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy jeszcze tego samego wieczoru.
— Naprawdę wybierasz żebraczkę zamiast własnego męża? — krzyknął za mną.
Odwróciłam się w drzwiach.
— Nie wybieram żebraczki. Odchodzę od człowieka, który zostawił własną matkę bez dachu nad głową, a potem udawał, że jej nie zna.
Pomogłam pani Janinie uzyskać miejsce w ośrodku i skontaktowałam ją z prawnikiem. Nie odzyskała od razu dawnego życia, ale dostała ciepły pokój, regularne posiłki i pomoc, której potrzebowała.
Robert przez wiele tygodni wysyłał wiadomości. Ani razu nie zapytał, jak czuje się jego matka. Interesowało go wyłącznie to, komu opowiedziałam o jego przeszłości.
Myślał, że wydawałam pieniądze na obcą staruszkę.
Tak naprawdę to on przez lata żył za pieniądze kobiety, którą później zostawił na ulicy.