Twierdził, że żona zabrała mu wszystko, a z niewielkiej renty nie stać go na wynajęcie mieszkania. Ja także od kilku lat żyłam samotnie, więc pomyślałam, że możemy sobie pomóc.
— Wprowadzisz się do mnie, będziemy dzielić rachunki i przynajmniej nie będziemy siedzieć sami — zaproponowałam.
Jan rozpłakał się ze wzruszenia. Obiecał, że będzie robił zakupy, naprawiał drobne usterki i dokładał połowę do opłat.
Pierwszego dnia przyjechał z dwiema walizkami. Tydzień później w przedpokoju stało już kilkanaście kartonów, telewizor, fotel oraz narzędzia. Zajął większy pokój, chociaż wcześniej ustaliliśmy, że będzie spał w małym.
— Potrzebuję przestrzeni — wyjaśnił. — Ty i tak większość czasu spędzasz w kuchni.
Przemilczałam to. Był moim bratem i przechodził trudny okres.
Szybko okazało się, że wspólne mieszkanie wcale nie jest tańsze. Jan godzinami oglądał telewizję, nie wyłączał światła i codziennie brał długie kąpiele. Lodówka pustoszała w zastraszającym tempie. Do rachunków dołożył się tylko raz.
— Oddam w przyszłym miesiącu — zapewniał. — Teraz muszę spłacić zaległości po rozwodzie.
Zaczęłam gotować dla dwóch osób, prać jego ubrania i sprzątać porozrzucane rzeczy. Kiedy prosiłam o pomoc, obrażał się.
— Myślałem, że zaprosiłaś rodzinę, a nie lokatora — odpowiadał.
Po miesiącu zaczął przyprowadzać kolegów. Siedzieli do późnej nocy, pili alkohol i grali w karty. Pewnego razu zwróciłam im uwagę. Jan poczekał, aż wyjdą, a potem powiedział, że robię z mieszkania więzienie.
— To także mój dom — oświadczył.
— Nie, Janku. Jesteś tutaj gościem.
Spojrzał na mnie tak, że poczułam niepokój.
Kilka dni później zauważyłam, że z szuflady zniknęła teczka z dokumentami mieszkania. Jan twierdził, że jej nie widział. Przeszukałam wszystkie szafki, ale nie znalazłam aktu własności ani ostatnich rozliczeń ze spółdzielni.
Następnego ranka do drzwi zapukał nieznajomy mężczyzna. Zapytał o mojego brata i powiedział, że przyszedł obejrzeć pokój.
— Jaki pokój?
Pokazał mi ogłoszenie w telefonie. Jan oferował do wynajęcia mój salon. Pisał, że jest właścicielem trzypokojowego mieszkania i szuka spokojnego lokatora. Zażądał nawet zaliczki.
Kiedy brat wrócił, położyłam telefon z ogłoszeniem na stole.
— Chciałem tylko pomóc w opłatach — tłumaczył. — Przecież sama narzekasz, że wszystko drożeje.
— Zamierzałeś wprowadzić mi do domu obcego człowieka bez pytania?
— Nie dramatyzuj. Mamy jeden wolny pokój.
Wtedy zauważyłam wystającą z jego torby moją teczkę. Wyrwałam ją, zanim zdążył zareagować. W środku brakowało aktu własności, ale znalazłam kopię pełnomocnictwa, które rzekomo podpisałam. Dokument dawał Janowi prawo do zarządzania mieszkaniem i zawierania umów najmu.
Podpis nie należał do mnie.
Ręce zaczęły mi drżeć.
— Sfałszowałeś mój podpis.
— To tylko formalność — odpowiedział. — Bałem się, że będziesz robiła problemy.
Zadzwoniłam do córki i poprosiłam, żeby natychmiast przyjechała. Gdy Jan usłyszał, że zamierzam zgłosić sprawę, zaczął krzyczeć. Wypominał mi, że po rodzicach dostałam więcej niż on, chociaż mieszkanie kupiłam wiele lat później za własne pieniądze.
— Zawsze byłaś chciwa! — wrzeszczał. — Masz trzy pokoje i nie potrafisz podzielić się z bratem!
— Podzieliłam się domem. Ty próbowałeś mi go zabrać.
Dałam mu godzinę na spakowanie rzeczy. Odmówił, więc wezwałam policję. Dopiero wtedy zrozumiał, że nie żartuję. Wychodząc, przewrócił doniczkę po naszej matce i powiedział, że już nie ma siostry.
Następnego dnia zmieniłam zamki. U prawnika dowiedziałam się, że Jan zdążył podpisać dwie umowy najmu i pobrać zaliczki od ludzi, którzy mieli się wprowadzić do mojego mieszkania. Musiał zwrócić pieniądze, a fałszywe pełnomocnictwo stało się dowodem w sprawie.
Po jego wyprowadzce rachunki znów spadły. W mieszkaniu zrobiło się cicho, lecz nie czułam już samotności. Cisza była ulgą.
Zaprosiłam brata, ponieważ wierzyłam, że rodzina powinna sobie pomagać.
On uznał, że moje otwarte drzwi oznaczają, iż może wejść, rozgościć się i odebrać mi wszystko.
Szybko pożałowałam wspólnego mieszkania. Jeszcze bardziej żałowałam jednak, że dopiero po tylu latach zobaczyłam, kim naprawdę był mój własny brat.