Proponowane głosowanie miałoby odbyć się 27 września 2026 roku, ale zanim obywatele ewentualnie pójdą do urn, sprawa już wywołała duże emocje. Największe dotyczą pieniędzy.
Prezydencka inicjatywa miała być odpowiedzią na rosnące koszty życia, ceny energii oraz obciążenia dla firm i rolników. Teraz jednak debata przesunęła się także na koszt samego referendum. Według informacji podanych przez „Fakt” i przywoływanych przez inne media, PKW wskazała, że w 2026 roku rezerwa na organizację takiego głosowania wynosi 374 mln 900 tys. zł.
Jedno pytanie, które już budzi spór
We wniosku prezydenta znalazło się pytanie: „Czy jest Pani/Pan za realizacją polityki klimatycznej, która doprowadziła do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej?”.
Już samo brzmienie pytania wywołuje kontrowersje. Krytycy wskazują, że zawiera ono ocenę przyczyn wzrostu kosztów, zanim jeszcze obywatel odpowie „tak” albo „nie”. Z tego powodu część komentatorów nazywa je politycznym komunikatem, a nie neutralnym pytaniem referendalnym.
Kancelaria Prezydenta przywołała koszt z 2015 roku
W uzasadnieniu prezydenckiego wniosku wskazano, że ostatnie samodzielne referendum ogólnokrajowe z 6 września 2015 roku kosztowało około 71,6 mln zł. Jednocześnie zaznaczono, że tę kwotę trzeba dziś waloryzować, bo od tamtego czasu wzrosły koszty pracy, druku, transportu i obsługi głosowania.
To właśnie porównanie z 2015 rokiem stało się punktem zapalnym. W praktyce organizacja ogólnokrajowego referendum w 2026 roku może być znacznie droższa niż głosowanie sprzed ponad dekady.
PKW pokazuje znacznie większą skalę
Państwowa Komisja Wyborcza, odpowiadając na pytania mediów, wskazała, że w rezerwie celowej na 2026 rok zaplanowano środki na organizację referendum ogólnokrajowego w wysokości 374 mln 900 tys. zł. To kwota maksymalna, liczona przy założeniu jednodniowego głosowania i obejmująca potencjalne wydatki organizacyjne.
Nie oznacza to automatycznie, że dokładnie tyle zostałoby wydane. Ostateczny koszt mógłby być niższy. Sama rezerwa pokazuje jednak skalę przedsięwzięcia: referendum to nie tylko lokale wyborcze i karty do głosowania, ale też ogromna operacja logistyczna w całym kraju.
Na co poszłyby pieniądze?
Największe pozycje kosztowe to diety dla członków komisji, druk i dystrybucja kart, obsługa lokali, systemy informatyczne oraz zadania przekazywane samorządom. Do tego dochodzą kwestie transportu, przygotowania dokumentów, zabezpieczenia procesu i obsługi administracyjnej.
Dlatego porównywanie obecnych kosztów wyłącznie z referendum z 2015 roku może być mylące. W ciągu kilkunastu lat zmieniły się ceny usług, wynagrodzenia oraz standardy organizacji ogólnokrajowych głosowań.
Senat ma kluczową decyzję
Prezydent nie może samodzielnie przesądzić, że referendum się odbędzie. W przypadku takiej inicjatywy potrzebna jest zgoda Senatu, wyrażona bezwzględną większością głosów. Dopiero pozytywna decyzja izby wyższej otworzyłaby drogę do organizacji głosowania.
To sprawia, że sprawa ma nie tylko wymiar finansowy, ale też polityczny. Senat będzie musiał ocenić zarówno sens pytania, jak i koszt całej operacji oraz jej potencjalne skutki.
Eksperci pytają o realny efekt referendum
Wątpliwości dotyczą także tego, co takie referendum mogłoby realnie zmienić. Eksperci cytowani w mediach zwracają uwagę, że wynik głosowania nie oznaczałby automatycznego wycofania Polski z unijnych zobowiązań klimatycznych.
To oznacza, że referendum mogłoby mieć przede wszystkim znaczenie polityczne. Byłoby sygnałem opinii publicznej, narzędziem nacisku na rząd i elementem sporu o transformację energetyczną. Nie byłoby jednak prostym przyciskiem, który natychmiast zmienia relacje Polski z Unią Europejską.
Koszt może stać się głównym argumentem przeciwników
Dla zwolenników pomysłu kluczowe jest prawo obywateli do wypowiedzenia się w sprawie kosztów życia i polityki klimatycznej. Dla przeciwników coraz ważniejszy staje się rachunek: czy warto organizować głosowanie za potencjalnie setki milionów złotych, jeśli jego skutki prawne mogą być ograniczone?
To właśnie ten argument może najmocniej ciążyć na całej inicjatywie. Referendum, które miało być odpowiedzią na drożyznę, samo zaczęło być oceniane przez pryzmat kosztów.
Polityczny test dla prezydenta
Karol Nawrocki stawia temat klimatu i cen energii w centrum debaty publicznej. To obszar, który dotyka niemal każdego: rachunków za prąd, ogrzewania, cen żywności, kosztów prowadzenia firmy i przyszłości rolnictwa.
Jednocześnie forma referendum staje się ryzykowna. Jeśli Senat odrzuci wniosek, prezydent będzie mógł mówić o zablokowaniu głosu obywateli. Jeśli jednak izba wyższa zgodzi się na głosowanie, rządzący i opinia publiczna będą musieli zmierzyć się z pytaniem, czy taki wydatek jest uzasadniony.
Jedno referendum, kilka sporów naraz
Sprawa referendum klimatycznego łączy kilka konfliktów jednocześnie: o ceny energii, Zielony Ład, kompetencje prezydenta, rolę Senatu, neutralność pytania i wydatki publiczne. Dlatego ta inicjatywa może wracać w debacie jeszcze przez wiele tygodni.
Na razie najgłośniejsza jest kwota wskazana przez PKW: 374 mln 900 tys. zł w rezerwie na organizację ogólnokrajowego referendum. To liczba, która zmieniła ton dyskusji. Bo zamiast wyłącznie pytać o koszty polityki klimatycznej, wielu zaczęło pytać o koszt samego głosowania.