Nie dlatego, że byłem odważny. Tylko dlatego, że wreszcie przestawałem udawać, że mam wyrzuty sumienia.
Zdradzałem ją długo. Najpierw po cichu, wiadomości, spotkania na szybkie kawy, „nadgodziny”, które pachniały perfumami innej kobiety. Potem już bezczelnie, jak człowiek, który nauczył się kłamać tak płynnie, że sam zaczyna wierzyć w swoje wersje. A moja żona była tą od rachunków, prania i milczenia. Tą, która „zawsze wybaczy”, bo przecież taką ma rolę.
Kiedy w końcu mnie przyłapała, nie było wielkiej sceny. Było coś gorszego. Jej twarz stała się pusta, jakby już dawno przeżyła najgorsze, a teraz tylko dopełniała formalności.
Powiedziała jedno zdanie, spokojnie, bez płaczu.
- To nie ja odchodzę. To ty wychodzisz.
I wyszedłem. Dumny, pewny, że za drzwiami czeka życie, które naprawdę smakuje. Że wreszcie będę wolny. Że wszystko, co miałem, było za ciężkie, za nudne, za zwyczajne.
Przez kilka miesięcy czułem się jak król. Nowe łóżka, nowe twarze, nowe wiadomości na telefonie. Nikt niczego nie wymagał. Nikt nie pytał, o której wrócę. Nikt nie patrzył na mnie z rozczarowaniem.
Tyle że ta wolność szybko zaczęła pachnieć pustką.
Noce zaczęły się zlewać w jedną. Budziłem się obok kogoś, kogo imienia czasem nie byłem pewien. Wracałem do mieszkania, w którym nie było kubka po herbacie na parapecie ani cudzego swetra na krześle. Nic się nie psuło, bo nic nie było ważne.
I wtedy zacząłem myśleć o niej.
Najpierw jak o czymś, co mi się należy. Jak o domu, do którego można wrócić, kiedy miasto przestaje bawić. Potem jak o człowieku, którego skrzywdziłem. A na końcu jak o jedynej osobie, przy której byłem kimś więcej niż facetem z wolnym weekendem.
Zacząłem ją podglądać w internecie. Zdjęcia z pracy, ze znajomymi, z wyjazdów. Uśmiechała się inaczej, lżej, jakby ktoś zdjął z niej worek kamieni, który ja sam jej przywiązałem do pleców. Na żadnym zdjęciu nie było mnie. I to mnie bolało najbardziej.
W końcu napisałem. Jedno zdanie, jak ratunek.
Przepraszam. Tęsknię.
Nie odpisała.
Minęły dwa lata, zanim odważyłem się zadzwonić. Wcześniej wybierałem numer i rozłączałem, jak tchórz. Aż pewnego wieczoru nacisnąłem zieloną słuchawkę do końca i poczułem, że serce chce mi wyskoczyć z klatki piersiowej.
Odebrała. Głos miała ten sam, a jednak obcy.
Powiedziałem jej, że byłem idiotą. Że zrozumiałem. Że jeśli istnieje choć mały kawałek świata, w którym mogłaby mi dać jedną szansę, ostatnią, to ja chcę walczyć.
Zamilkła. Myślałem, że się rozłączyła.
W końcu zgodziła się na spotkanie. W sobotę. W południe. W kawiarni, do której kiedyś chodziliśmy.
Przez cały tydzień żyłem jak w gorączce. Układałem przemowy, ćwiczyłem zdania, próbowałem udawać, że jestem nowy. Że wszystko da się naprawić, jeśli tylko odpowiednio mocno się przeprosi.
W sobotę przyszedłem za wcześnie. Usiadłem w rogu i patrzyłem na drzwi jak człowiek, który czeka na wyrok.
Weszła punktualnie. W płaszczu zapiętym pod szyję, z krótszymi włosami. Wyglądała spokojnie. Nie szczęśliwie na pokaz, tylko naprawdę spokojnie, jak ktoś, kto przetrwał burzę i już nie boi się grzmotów.
Usiedliśmy naprzeciwko siebie. Powiedziała, żebym mówił.
Zacząłem. Mówiłem o wstydzie, o żalu, o tym, że dopiero bez niej zrozumiałem, jak wygląda samotność. Powiedziałem, że chcę wrócić. Że mogę się zmienić. Że już się zmieniłem.
Słuchała uważnie. Bez łez. Bez drżenia dłoni. Jakby słuchała kogoś, kto przyszedł opowiedzieć historię, która już jej nie dotyczy.
A potem drzwi kawiarni znów się otworzyły.
Wszedł mężczyzna. Wysoki, pewny, zwyczajny. Podszedł do naszego stolika i położył jej dłoń na ramieniu tak naturalnie, jakby ten gest był jego prawem od dawna.
Uśmiechnęła się do niego inaczej niż do mnie. Tak, jak kiedyś uśmiechała się do świata, kiedy jeszcze we mnie wierzyła.
To mój były mąż, powiedziała spokojnie.
Mężczyzna skinął głową, podał mi rękę i przedstawił się. Bez wyższości. Bez triumfu. I właśnie to było najgorsze, bo nie mogłem go znienawidzić.
Kiedy odszedł do baru, spojrzałem na nią jak dziecko, które nagle zgubiło drogę.
Masz kogoś, wyszeptałem, jakbym dopiero teraz rozumiał.
Mam narzeczonego, odpowiedziała. Za miesiąc męża.
Wtedy poczułem, że wszystko, co przygotowałem, jest żałosne. Że moje przeprosiny są spóźnione jak pociąg, który już nie zatrzymuje się na tej stacji.
Powiedziałem, że chciałem wrócić. Naprawdę.
Ona westchnęła cicho.
Za późno, powiedziała. Nie okrutnie. Nie mściwie. Jak fakt.
A potem dodała coś, co zabolało bardziej niż to jedno zdanie.
Wiesz, co jest najtrudniejsze. Ja ci naprawdę życzę dobrze. Ale już nie ze mną. Moje współczucie to nie miłość. Kiedyś byłam gotowa zrobić wszystko dla ciebie. Teraz jestem gotowa zrobić wszystko dla siebie.
Wyszedłem z kawiarni wcześniej. Nie potrafiłem oddychać w tym samym powietrzu co jej nowe życie.
Szli potem przede mną ulicą, trzymając się za ręce. Śmiali się. Ona poprawiła szalik i wtedy zobaczyłem jej brzuch. Niewielki, ale wyraźnie zaokrąglony. On położył na nim dłoń odruchowo, jakby chronił cały swój świat.
Mój świat rozsypał się w sekundę.
Oparłem się o mur i poczułem, że to nie ona mnie zostawiła. To ja wyszedłem wtedy z mieszkania. I przez te wszystkie lata wmawiałem sobie, że drzwi nadal są uchylone.
A one były zamknięte od dawna.