Zarezerwowałam stolik w restauracji, w której Marian oświadczył mi się ponad trzy dekady wcześniej.
Kupiłam granatową sukienkę i pierwszy raz od dawna umówiłam się do fryzjera. Wyobrażałam sobie, że usiądziemy przy świecach, powspominamy młodość i przez jeden wieczór nie będziemy dla nikogo rodzicami ani dziadkami.
Kiedy o naszych planach dowiedziała się córka, była oburzona.
— Chcecie świętować bez dzieci? — zapytała. — Przecież to dzięki nam wytrzymaliście ze sobą trzydzieści lat!
Syn natychmiast ją poparł.
— Zrobimy rodzinne przyjęcie u was. Wszystkim się zajmiemy. Ty, mamo, masz tylko odpoczywać.
Dałam się przekonać. Odwołałam rezerwację, chociaż restauracja zatrzymała zaliczkę. Córka obiecała przywieźć sałatki i tort, syn miał zamówić ciepłe dania.
Trzy dni przed rocznicą zadzwonił.
— Mamo, catering wychodzi strasznie drogo. Może zrobisz te swoje schabowe? Nikt nie smaży takich jak ty.
— Dla ilu osób?
— Najwyżej dziesięciu.
Następnego dnia córka oznajmiła, że przyjedzie jeszcze rodzina jej męża. Syn zaprosił szwagra i dwóch znajomych z dziećmi. Z dziesięciu osób zrobiło się dwadzieścia sześć.
— Przecież to wyjątkowa okazja — tłumaczyli. — Nie wypada nikogo pomijać.
W dniu rocznicy wstałam o szóstej. Ugotowałam rosół, obrałam pięć kilogramów ziemniaków, zrobiłam dwie sałatki i upiekłam sernik, ponieważ córka poinformowała rano, że nie zdąży odebrać tortu.
O czternastej stałam przy patelni w starym fartuchu. Włosy miałam przesiąknięte zapachem smażonego mięsa, a dłonie bolały od tłuczenia kotletów.
Marian próbował pomagać, ale dzieci co chwilę wysyłały go po dodatkowe zakupy. Najpierw zabrakło napojów, później lodu, a na końcu wina, którego sami nie zamierzali przywieźć.
Goście zaczęli się schodzić o piętnastej. Córka weszła w nowej sukience i od razu podała mi płaszcz.
— Powieś, proszę. Nie chcę go gnieść na krześle.
— Miałaś mi pomagać.
— Mamo, spójrz na moje paznokcie. Wszystko zniszczę. Ty i tak już jesteś w kuchni.
Syn przywiózł dzieci i oznajmił, że muszę ich pilnować, bo on chce spokojnie porozmawiać ze znajomymi. Nikt nie zapytał, gdzie jest moja granatowa sukienka. Nikt nawet nie zauważył, że nie usiadłam przy stole.
Kiedy zaniosłam kolejną tacę schabowych, wszyscy podnieśli kieliszki. Córka wygłaszała toast.
— Za naszych wspaniałych rodziców! — zawołała. — I za mamę, która zawsze najlepiej czuje się w kuchni!
Wszyscy się roześmiali.
Wróciłam po pusty półmisek i wtedy usłyszałam rozmowę dzieci w przedpokoju.
— Dobrze, że przekonaliśmy ich do imprezy w domu — powiedział syn. — W restauracji musielibyśmy dołożyć kilka tysięcy.
— Mama jest szczęśliwa, kiedy może nas obsługiwać — odpowiedziała córka. — Potem będzie opowiadała sąsiadkom, jak cała rodzina przyjechała.
— A prezent?
— Przecież zrobiliśmy im przyjęcie. To chyba wystarczy.
Stałam za drzwiami z gorącą patelnią w dłoni. Nagle poczułam pieczenie. Tłuszcz prysnął mi na nadgarstek, ale bardziej bolały słowa własnych dzieci.
W kuchni czekało jeszcze piętnaście surowych kotletów. Wyłączyłam kuchenkę, zdjęłam fartuch i położyłam go na blacie.
Marian zobaczył moją poparzoną rękę.
— Co się stało?
Powtórzyłam mu rozmowę, którą usłyszałam. Patrzył na mnie długo, a później wszedł do salonu i wyłączył muzykę.
— Przyjęcie się skończyło — oznajmił.
Córka roześmiała się, przekonana, że żartuje.
— Tato, przecież dopiero zaczęliśmy.
— Wy zaczęliście. Moja żona od dziewięciu godzin pracuje w kuchni podczas własnej rocznicy. Nikt z was nie przyniósł nawet kwiatów.
— Ale to mama chciała wszystko przygotować — zaprotestował syn.
— Mama chciała zjeść ze mną kolację. To wy zamieniliście nasz dom w darmową restaurację.
Zapadła cisza. Marian wskazał stos brudnych naczyń.
— Zabierzcie jedzenie, posprzątajcie i zamknijcie drzwi, kiedy będziecie wychodzić.
Chwycił mnie za rękę i zaprowadził do sypialni. Z szafy wyjął granatową sukienkę.
— Ubieraj się.
— Dokąd pójdziemy? Jest za późno. Straciliśmy rezerwację.
— Przez trzydzieści lat zawsze znajdowaliśmy wyjście.
Pojechaliśmy do niewielkiej restauracji na drugim końcu miasta. Kuchnia miała być już zamknięta, ale gdy kelnerka zobaczyła mój opatrzony nadgarstek i usłyszała, że obchodzimy rocznicę, poprosiła kucharza, żeby został dłużej.
Zjedliśmy zupę i po jednym kawałku ciasta. Marian wyjął z kieszeni małe pudełko. W środku znajdował się srebrny pierścionek.
— Miałem wręczyć ci go przy dzieciach — powiedział. — Teraz cieszę się, że jesteśmy sami.
Córka zadzwoniła następnego dnia. Nie przeprosiła. Powiedziała, że ją upokorzyliśmy przed teściami. Syn obraził się na dwa tygodnie, ponieważ musiał zmywać naczynia do północy.
Nie błagałam ich o kontakt.
Rok później zapytali, gdzie organizujemy kolejne rodzinne spotkanie.
— U was — odpowiedziałam. — My przyjedziemy jako goście.
Od tamtej pory w rocznicę ślubu nie smażę schabowych, nie pilnuję wnuków i nie obsługuję dorosłych dzieci. Zakładam granatową sukienkę i wychodzę z mężem.
Trzydzieści lat małżeństwa nauczyło mnie bowiem, że rodzina powinna siadać z tobą przy stole, a nie stawiać cię przy kuchence i nazywać to świętowaniem.