Zupy następnego dnia nie tknie, odgrzewane mięso nazywa gumą, a jeśli zobaczy na stole wczorajsze ziemniaki, odsuwa talerz z obrzydzeniem.

– Nie po to pracowałem całe życie, żeby na emeryturze jeść resztki – powtarza.

Problem w tym, że Roman od trzech lat jest na emeryturze, a ja nadal pracuję. Wracam do domu po osiemnastej, często po całym dniu spędzonym na nogach. On w tym czasie ogląda telewizję, rozwiązuje krzyżówki i czeka, aż podam mu świeży obiad.

Przez lata wstawałam godzinę wcześniej, żeby przygotować mięso, obrać warzywa albo nastawić zupę. Po pracy biegłam do sklepu, a potem stałam przy kuchence. Roman nawet nie odnosił talerza do zlewu.

Kiedy próbowałam gotować na dwa dni, wszczynał awanturę.

– Chcesz mnie karmić starym jedzeniem? Sama to sobie zjedz!

I rzeczywiście jadłam. Resztki zabierałam następnego dnia do pracy, podczas gdy dla niego wieczorem przygotowywałam coś nowego. Wydawaliśmy coraz więcej pieniędzy, a ja byłam coraz bardziej zmęczona.

Pewnego dnia wróciłam z gorączką. Ledwo trzymałam się na nogach, ale Roman nawet nie zapytał, jak się czuję.

– Co dzisiaj na obiad? – zawołał z salonu.

Powiedziałam, że w lodówce jest zupa z poprzedniego dnia.

– Przecież wiesz, że tego nie zjem. Usmaż mi chociaż jajka.

Położyłam się, jednak po kilku minutach przyszedł do sypialni.

– Długo mam czekać? Jestem głodny.

Wstałam. Pamiętam, że wyjęłam patelnię i oparłam się o blat. Potem wszystko zrobiło się czarne. Ocknęłam się dopiero w szpitalu. Córka powiedziała, że upadłam w kuchni i uderzyłam głową o szafkę. Byłam skrajnie osłabiona, a infekcja dodatkowo obciążyła organizm.

Roman nie przyjechał. Zadzwonił za to wieczorem.

– Kiedy cię wypiszą? – zapytał. – Bo nie mam co jeść.

Córka siedziała obok łóżka i słyszała każde słowo. Wzięła telefon z mojej ręki.

– Tato, mama leży w szpitalu, a ciebie interesuje obiad? Masz dwie zdrowe ręce. Naucz się z nich korzystać.

Rozłączył się obrażony.

Po powrocie do domu zobaczyłam na stole pudełka po pizzy i stos brudnych naczyń. Roman nawet ich nie wyrzucił. Pierwszego wieczoru zapytał, czy ugotuję rosół.

– Nie – odpowiedziałam. – Przez najbliższe dni mam odpoczywać.

– A później?

– Później będziemy gotować na zmianę. Jeśli przygotuję jedzenie na dwa dni, drugiego dnia też je zjemy. Jeżeli chcesz codziennie świeży obiad, sam go sobie ugotujesz.

Roman patrzył na mnie, jakbym właśnie oznajmiła, że odchodzę.

– Kobieta zawsze zajmowała się domem. Tak było u mojej matki.

– Twoja matka nie pracowała zawodowo. A ty nie jesteś dzieckiem.

Wybuchła awantura. Nazwał mnie leniwą i niewdzięczną. Zagroził, że będzie stołował się gdzie indziej.

– To twój wybór – odpowiedziałam. – Ja więcej nie trafię do szpitala, bo zdrowy dorosły mężczyzna nie chce odgrzać zupy.

Przez kilka dni jadł kanapki. Potem córka pokazała mu, jak ugotować makaron i usmażyć kurczaka. Pierwszy obiad przypalił. Drugi był tak słony, że sam nie chciał go jeść. Dopiero wtedy zrozumiał, ile wysiłku kosztowało mnie codzienne spełnianie jego zachcianek.

Dziś gotujemy na dwa lub trzy dni. Roman czasem nadal marudzi, ale już wie, że może albo zjeść to, co jest, albo samodzielnie przygotować coś innego.

Wyjście z tej sytuacji istniało od początku. Musiałam tylko przestać zachowywać się jak służąca i przypomnieć mężowi, że małżeństwo nie jest umową na codzienną obsługę.