— Przecież na piętrze mam trzy wolne pokoje — przekonywała Regina. — Jesteśmy rodziną. Po co macie wydawać pieniądze na wynajem?

Mąż był zachwycony. Ja miałam wątpliwości, ale Marek zapewniał, że potrwa to najwyżej dwa miesiące.

Już pierwszego ranka o szóstej trzydzieści teściowa zapukała do naszej sypialni.

— Łazienka jest wolna tylko przez kwadrans. Później się kąpię, a następnie trzeba ją umyć.

Myślałam, że żartuje. Nie żartowała.

Na lodówce wisiał rozpisany plan dnia. Śniadanie o siódmej, obiad o trzynastej trzydzieści, kolacja o osiemnastej. Po dwudziestej pierwszej nie wolno było korzystać z pralki, czajnika ani suszarki, bo „licznik wtedy pędzi jak szalony”.

Regina sprawdzała nawet, ile wody nalałam do garnka.

— Ziemniaki nie muszą pływać — upominała mnie. — Widać, że nikt cię nie nauczył gospodarności.

Miałam pięćdziesiąt osiem lat, dwójkę dorosłych dzieci i trzydzieści cztery lata małżeństwa za sobą, a przy niej znów czułam się jak nieposłuszna uczennica.

Najgorzej było z telewizorem. W salonie stał ogromny odbiornik, który kupiliśmy jej z Markiem na siedemdziesiąte urodziny. Mimo to pilot zawsze leżał obok jej fotela.

Regina oglądała wiadomości, teleturnieje, seriale i powtórki koncertów. Jeśli chciałam zobaczyć film, musiałam wcześniej zapytać.

— Mamo, Hania chciałaby dziś obejrzeć swój serial — powiedział kiedyś Marek.

— O dwudziestej jest mój program — odpowiedziała. — Może sobie obejrzeć w telefonie.

Mąż tylko wzruszył ramionami.

— Nie denerwuj jej. Jesteśmy w jej domu.

Powtarzał to każdego dnia. „Jej dom, jej zasady”. Nie miało znaczenia, że robiliśmy zakupy, płaciliśmy połowę rachunków, a z moich oszczędności sfinansowaliśmy wymianę pieca.

Po dwóch miesiącach remont mieszkania był prawie skończony. Wtedy Marek oznajmił, że nie możemy wrócić.

— Ekipa znalazła wilgoć pod podłogą. Potrzebują jeszcze kilku tygodni — powiedział.

Tygodnie zamieniły się w miesiące. Za każdym razem, gdy pytałam o termin, mąż unikał odpowiedzi.

Pewnego wieczoru chciałam obejrzeć transmisję koncertu, podczas którego występowała moja wnuczka. Przyjechała z chórem do Warszawy i obiecała, że pomacha do kamery.

Pięć minut przed rozpoczęciem usiadłam w salonie.

— Co robisz? — zapytała Regina.

— Za chwilę śpiewa Zosia. Chcę ją zobaczyć.

Teściowa wyjęła mi pilot z ręki.

— Dzisiaj jest finał mojego serialu.

— To moja wnuczka. Występ potrwa kilka minut.

— Nagrasz sobie.

— Nie mamy dekodera z nagrywaniem.

Regina włączyła serial.

Spojrzałam na Marka. Siedział przy stole i udawał, że czyta wiadomości w telefonie.

— Powiedz coś — poprosiłam.

— Haniu, nie rób awantury o telewizor.

Wtedy pękło we mnie coś, co przez wiele miesięcy próbowałam ratować. Nie chodziło już o koncert. Chodziło o to, że mąż pozwalał swojej matce traktować mnie jak intruza.

Poszłam na górę. Szukając ładowarki w torbie Marka, znalazłam teczkę z dokumentami. W środku znajdowała się umowa sprzedaży naszego mieszkania.

Podpis Marka widniał na ostatniej stronie. Lokal został sprzedany sześć tygodni wcześniej.

Zbiegłam na dół z dokumentami w dłoni.

— Gdzie są pieniądze?

Mąż pobladł. Regina natychmiast ściszyła telewizor.

— Chcieliśmy ci powiedzieć po zakończeniu remontu — zaczął Marek.

— Jakiego remontu? Przecież sprzedałeś mieszkanie!

Okazało się, że wspólnie z matką postanowili przebudować jej dom. Za pieniądze ze sprzedaży miał powstać osobny lokal na piętrze. Tyle że dom należał wyłącznie do Reginy, a w przygotowanym projekcie nie było mojego nazwiska.

— Wszystko zostanie kiedyś Markowi — powiedziała chłodno teściowa. — A ty jesteś jego żoną, więc czego jeszcze chcesz?

— Chcę własnego miejsca. I chcę, żeby ktoś pytał mnie o zdanie w sprawie mojego życia.

— Zawsze byłaś niewdzięczna — prychnęła. — Przyjęłam cię pod swój dach, a ty urządzasz przedstawienie.

Marek próbował mnie uspokoić.

— Mamo, Hania jest zdenerwowana.

Nie powiedział: „moja żona ma rację”. Nadal bardziej bał się gniewu matki niż utraty mnie.

Spakowałam walizkę tej samej nocy. Regina stała w drzwiach i patrzyła, jak składam ubrania.

— Dokąd pójdziesz? — zapytała. — W twoim wieku nie zaczyna się od nowa.

— W moim wieku doskonale wiem, czego nie chcę już znosić.

Przez kilka tygodni mieszkałam u córki. Potem wynajęłam niewielką kawalerkę. Z pomocą prawnika zażądałam rozliczenia pieniędzy ze sprzedaży wspólnego mieszkania. Marek najpierw błagał, żebym „nie niszczyła rodziny”, a później oskarżał mnie, że zostawiłam go samego z chorą matką.

Pół roku później zapukał do moich drzwi. Wyglądał na starszego o dziesięć lat.

— Mogę wejść? — zapytał.

— Powinieneś był pytać mnie o zdanie wcześniej.

Zostawiłam go na korytarzu.

Wieczorem zaparzyłam herbatę, usiadłam na swojej kanapie i włączyłam telewizor. Nikt nie wyrwał mi pilota. Nikt nie wyłączył światła ani nie sprawdził, ile wody nalałam do czajnika.

Przez kilka minut patrzyłam na ekran, ale nie rozumiałam ani jednego słowa. Płakałam za mieszkaniem, małżeństwem i latami, podczas których pozwalałam innym decydować za siebie.

Potem otarłam twarz i pogłośniłam telewizor.

Po raz pierwszy od dawna nie musiałam nikogo pytać o pozwolenie.

Nie chodziło jednak o program.

Chodziło o moje życie.