Córka mówiła, żebym oddała ją do zmniejszenia, ale ja owijałam palec kawałkiem plastra. Bałam się zostawić ją u jubilera choćby na kilka dni.
Nosiłam ją czterdzieści osiem lat.
Zdjęłam dopiero wtedy, gdy Julka przyszła do mnie zapłakana.
— Babciu, znalazłam kurs stylizacji paznokci. Z certyfikatem. Pani z salonu obiecała, że potem weźmie mnie na próbę.
Miała dwadzieścia dwa lata i od miesięcy szukała pracy. Przynajmniej tak mówiła.
— Ile kosztuje?
— Dwa tysiące czterysta. Większość mam. Brakuje mi dziewięciuset złotych, a wpłata jest do piątku.
Na koncie zostało mi niewiele ponad sześćset. Do emerytury dwa tygodnie, rachunek za gaz pod magnesem na lodówce.
— Spróbuję coś wymyślić — obiecałam.
U jubilera długo nie mogłam rozprostować dłoni.
— To skup złota, proszę pani. Płacimy za wagę — powiedział mężczyzna, oglądając obrączkę.
W środku było wygrawerowane: „Józek, 1976”.
Dostałam osiemset siedemdziesiąt złotych. Resztę dołożyłam z portfela.
Julka przytuliła mnie tak mocno, że aż zabolały żebra.
— Oddam ci z pierwszej wypłaty. Zobaczysz, będziesz ze mnie dumna.
Nie powiedziałam, skąd miałam pieniądze. Nie chciałam, żeby czuła się winna.
Cztery dni później poszłam odebrać okulary. Salon optyczny sąsiadował z biurem podróży. Zobaczyłam Julkę przez szybę.
Siedziała przy biurku z chłopakiem. Pracownica pokazywała im zdjęcia hotelu.
Weszłam, uśmiechając się jeszcze.
— Julciu?
Odwróciła głowę. Chłopak wstał.
— Dzień dobry. To pani jest tą babcią? Bardzo dziękujemy za dołożenie do wyjazdu.
Julka złapała go za rękaw.
Przez chwilę słyszałam tylko szum drukarki.
— Jakiego wyjazdu?
— Babciu, wyjdźmy.
— Pytam, jakiego wyjazdu.
Pracownica opuściła wzrok. Na biurku leżała oferta tygodnia w Egipcie.
Na chodniku Julka zaczęła mówić szybko.
— Nie zrozumiesz. Wszyscy gdzieś jeżdżą, tylko ja ciągle siedzę w domu. Gdybym powiedziała prawdę, nie dałabyś mi pieniędzy.
— A kurs?
Odwróciła twarz.
— Może zrobię później.
— A ta pani z salonu?
— Babciu, nie przesłuchuj mnie.
Patrzyłam na jej dłonie. Na nowe paznokcie, jasny telefon, bransoletkę, której wcześniej nie widziałam.
— Sprzedałam obrączkę — powiedziałam.
Zmarszczyła brwi.
— Co?
Pokazałam jej pusty palec.
— Moją i dziadka. To znaczy… tę, którą mi włożył w dniu ślubu.
Głos mi się załamał.
Julka spojrzała na moją rękę, a potem na witrynę.
— Przecież cię o to nie prosiłam.
Nie pamiętam drogi do domu. Pamiętam za to, że ugotowałam dwa ziemniaki i żadnego nie zjadłam.
Wieczorem zadzwoniła córka.
— Mamo, Julka płacze. Mówi, że zrobiłaś jej awanturę przy obcych.
— Powiedziała ci też dlaczego?
— Wiem. Zachowała się głupio. Ale obrączki nie musiałaś sprzedawać. Trzeba było najpierw do mnie zadzwonić.
Usiadłam.
— Naprawdę obie będziecie mi teraz tłumaczyć, co ja zrobiłam źle?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
Następnego ranka wróciłam do jubilera. Obrączka jeszcze tam była. Poprosiłam, żeby odłożył ją do końca dnia.
Potem zadzwoniłam do wnuczki.
— Potrzebuję dziś zwrotu pieniędzy.
— Ale stracimy zaliczkę…
Ścisnęłam telefon.
— Julka, ja straciłam coś, czego nie chciałam sprzedać. Zrobiłam to, bo ci uwierzyłam.
Przyjechała po południu. Położyła na stole dziewięćset złotych. Oboje z chłopakiem zrezygnowali z wyjazdu.
— Jesteś zadowolona? — zapytała ze łzami.
Nie odpowiedziałam od razu.
— Nie, dziecko. Myślisz, że tak wygląda zadowolona babcia?
Obrączkę odebrałam przed zamknięciem. Włożyłam ją na palec jeszcze przy ladzie.
Wieczorem Julka napisała: „Przepraszam”.
Czytałam tę wiadomość kilka razy. Chciałam odpisać odruchowo: „Nic się nie stało, kochanie”.
Tym razem nie potrafiłam.