Po odliczeniu kosztów zostaje mi około ośmiuset euro miesięcznie. Nie jest to fortuna, zwłaszcza że mam chore kolana i coraz częściej brakuje mi sił, ale dzięki tej pracy mogę pomagać córkom.

Młodszej, Karolinie, wysyłam pięćset euro. Samotnie wychowuje syna, spłaca mieszkanie i zawsze ma jakiś pilny wydatek. Raz potrzebuje pieniędzy na dentystę, innym razem na buty dla chłopca albo naprawę samochodu.

Starsza córka, Agnieszka, dostaje ode mnie tylko pięćdziesiąt euro.

— Ty sobie poradzisz — powtarzałam jej. — Masz pracę i odpowiedzialnego męża. Karolina jest sama.

Agnieszka nigdy nie protestowała. Dziękowała nawet za te pięćdziesiąt euro i prosiła, żebym więcej nie wysyłała. Za to Karolina pod koniec każdego miesiąca przypominała mi o przelewie.

— Mamo, tylko nie spóźnij się tym razem, bo rata sama schodzi z konta.

Nie widziałam w tym niczego złego. Byłam przekonana, że młodsza córka potrzebuje większego wsparcia.

Pewnego miesiąca bank zmienił wygląd aplikacji. Pomyliłam odbiorców i wysłałam Agnieszce pięćset euro, a Karolinie tylko pięćdziesiąt.

Starsza córka zadzwoniła po kilku minutach.

— Mamo, chyba się pomyliłaś. Przelałaś mi za dużo. Zaraz odeślę czterysta pięćdziesiąt euro.

— Zatrzymaj je — odpowiedziałam. — Może kupisz sobie coś porządnego.

— Nie, mamo. Ty pracujesz na te pieniądze. Wstajesz w nocy do obcej kobiety, myjesz ją i dźwigasz. Nie będę korzystać z twojej pomyłki.

Kwadrans później zadzwoniła Karolina. Nawet się nie przywitała.

— Gdzie jest reszta pieniędzy?

— Jak to: gdzie?

— Przyszło tylko pięćdziesiąt euro. Co ja mam z tym zrobić?

Wyjaśniłam, że pomyliłam przelewy. Spodziewałam się, że się roześmieje albo zapyta, czy poradzę sobie do następnej wypłaty. Zamiast tego zaczęła krzyczeć.

— Natychmiast każ Agnieszce oddać moje pieniądze!

— One nie są twoje. To moja wypłata.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Przecież od lat mi je dajesz — powiedziała w końcu. — Mam je już wpisane w domowy budżet.

Po raz pierwszy dotarło do mnie, że córka nie uważa mojej pomocy za prezent. Traktowała ją jak własny dochód.

Wieczorem zadzwoniłam do Agnieszki. Podczas rozmowy zauważyłam za jej plecami stare, wilgotne okno. Zapytałam, dlaczego go nie wymienili.

— Teraz ważniejsze są leki Piotra — odpowiedziała. — Od kilku miesięcy jest na zwolnieniu, ale jakoś sobie radzimy.

Nic o tym nie wiedziałam. Starsza córka miała problemy, lecz milczała, ponieważ nie chciała mnie martwić. Młodsza natomiast co miesiąc opowiadała o kolejnej katastrofie.

Kilka dni później Agnieszka pokazała mi przez kamerę metalową kasetkę. W środku leżały koperty.

— Odkładałam każde pięćdziesiąt euro, które mi przysyłałaś — wyznała. — Chciałam kupić ci nowe łóżko i zrobić łazienkę, kiedy wrócisz do Polski.

Płakałam tak mocno, że musiałam przerwać rozmowę.

W następną niedzielę zobaczyłam w internecie zdjęcia Karoliny. Stała w drogim hotelu ze szklanką w dłoni. Pod fotografią napisała: „Czasem trzeba zapomnieć o rachunkach i zrobić coś dla siebie”.

Zadzwoniłam do niej.

Najpierw zaprzeczała, później przyznała, że moje pieniądze od dawna nie szły na ratę mieszkania. Kredyt pomagał jej spłacać ojciec dziecka. Moje przelewy przeznaczała na ubrania, kosmetyczkę, restauracje i wyjazdy.

— Przecież mieszkasz u tej Niemki za darmo — powiedziała. — Na co tobie tyle pieniędzy?

Wtedy podjęłam decyzję. Przestałam wysyłać jej pięćset euro. Nie przekazałam ich również Agnieszce. Zaczęłam odkładać na własny powrót do kraju.

Karolina przez kilka tygodni nie odbierała moich telefonów. Odezwała się dopiero wtedy, gdy zabrakło kolejnego przelewu.

Agnieszka dzwoniła codziennie. Nie pytała o pieniądze. Pytała, czy bolą mnie kolana, czy coś zjadłam i kiedy wreszcie pozwolę sobie odpocząć.

Przez lata dawałam więcej tej córce, która głośniej żądała. Starszą karałam za to, że była samodzielna i nigdy się nie skarżyła.

Dopiero pomyłka przy przelewie pokazała mi prawdę.

Jedna córka natychmiast chciała oddać pieniądze, które do niej nie należały. Druga była przekonana, że moje zmęczenie i cała moja wypłata należą właśnie do niej.