Po narodzinach Mai wynajmowaliśmy małą kawalerkę, a większość wypłaty Michała pochłaniały czynsz i rachunki.
— Dom jest za duży dla jednej osoby — przekonywała. — Wy zaoszczędzicie, a ja pomogę wam przy dziecku.
Na piętrze znajdowały się dwa zaniedbane pokoje i łazienka. Włożyliśmy w remont prawie wszystkie oszczędności. Wymieniliśmy instalację, podłogi, drzwi i okna. Michał sam zrobił niewielką kuchnię, żebyśmy nie przeszkadzali teściowej na dole.
Nie spisaliśmy żadnej umowy. Wydawało nam się, że między rodzicami a dziećmi nie jest potrzebna.
Pierwsze tygodnie były spokojne. Teściowa chętnie spacerowała z wózkiem i robiła sobie zdjęcia z wnuczką. Kiedy jednak Maja zaczęła cierpieć na kolki, wszystko się zmieniło.
Córka budziła się kilka razy w nocy. Nosiliśmy ją na rękach, konsultowaliśmy się z lekarzem i próbowaliśmy różnych sposobów, ale czasami płakała przez kilka godzin.
Teściowa waliła wtedy miotłą w sufit.
— Nie potraficie uciszyć własnego dziecka? — krzyczała.
Rano komentowała, że Maja jest rozpieszczona, a ja nie nadaję się na matkę. Michał próbował tłumaczyć, że to tylko trudny okres.
— Mama jest zmęczona — mówił. — Musimy być wyrozumiali.
To my płaciliśmy rachunki za cały dom, robiliśmy zakupy i zawoziliśmy teściową do lekarzy. Mimo to coraz częściej słyszałam, że mieszkamy u niej „z łaski”.
Gdy Maja miała jedenaście miesięcy, zachorowała i przez kilka nocy prawie nie spała. Pewnego ranka teściowa weszła na górę z kartką w ręce.
— Macie miesiąc na wyprowadzkę — oznajmiła. — Dłużej nie zniosę tego wrzasku. Chcę odzyskać spokój we własnym domu.
Michał myślał, że mówi pod wpływem złości. Wieczorem próbował z nią porozmawiać.
— Wydaliśmy ponad pięćdziesiąt tysięcy na remont. Nie znajdziemy mieszkania w miesiąc.
— Trzeba było nie robić dziecka, skoro nie stać was na własny dach — odpowiedziała.
Te słowa usłyszałam z korytarza. Trzymałam na rękach rozpaloną Maję i po raz pierwszy poczułam, że dla tej kobiety jej własna wnuczka jest jedynie uciążliwym hałasem.
Kilka dni później koleżanka przesłała mi ogłoszenie znalezione w internecie. Teściowa oferowała do wynajęcia „nowoczesne, świeżo wyremontowane piętro z osobnym wejściem”. Zdjęcia przedstawiały nasze pokoje, meble, a nawet dziecięce łóżeczko.
Czynsz wynosił trzy tysiące złotych miesięcznie.
Nie chodziło wyłącznie o płacz Mai. Teściowa postanowiła zarabiać na remoncie, który sfinansowaliśmy.
Kiedy pokazaliśmy jej ogłoszenie, nie zaprzeczała.
— To mój dom. Mam prawo czerpać z niego korzyści.
— Zaprosiłaś nas tutaj, żebyśmy wyremontowali ci piętro? — zapytał Michał.
— Nikt was nie zmuszał do wydawania pieniędzy.
Zaczęliśmy szukać mieszkania. Właścicielka niewielkiego lokalu zgodziła się rozłożyć kaucję na raty, gdy zobaczyła nas z dzieckiem. Nie było luksusów, ale dostaliśmy klucze od miejsca, w którym nikt nie liczył, ile razy w nocy płacze nasza córka.
W dniu przeprowadzki teściowa próbowała zatrzymać lodówkę, pralkę i meble.
— Zostały kupione do mojego domu — twierdziła.
Pokazaliśmy rachunki i zabraliśmy wszystko, za co zapłaciliśmy. Zostały puste pokoje, wystające przewody po lampach oraz ślady na ścianach.
Najemcy szybko zrezygnowali, gdy dowiedzieli się, że kuchnia i większość wyposażenia zniknęły. Teściowa została sama z wysokimi rachunkami.
Po trzech miesiącach zadzwoniła do Michała.
— Może jednak wrócicie? Maja na pewno już mniej płacze.
Mąż długo milczał.
— Nie pytasz, jak rozwija się twoja wnuczka. Pytasz, czy stała się wystarczająco cicha, żebyś mogła z nami wytrzymać.
Nie wróciliśmy. Michał nadal odwiedzał matkę i pomagał jej w pilnych sprawach, ale już nigdy nie pozwolił, żeby decydowała o naszym domu.
Teściową irytował płacz wnuczki. Dopiero gdy się wyprowadziliśmy, odkryła, że znacznie trudniej znieść ciszę, której nikt nie chce już przerywać.