Andrzej poprosił, żebym wyjęła z bagażnika torbę z zakupami. Pod kocem leżał duży pokrowiec z nazwą eleganckiego butiku, do którego sama nigdy nie odważyłabym się wejść.
W środku wisiała butelkowozielona suknia. Delikatna tkanina, odkryte ramiona i ręcznie przyszywane koraliki. Na metce widniała cena: dwa tysiące osiemset złotych.
Przez chwilę pomyślałam, że Andrzej przygotował dla mnie niespodziankę na naszą trzydziestą rocznicę ślubu. Potem zobaczyłam rozmiar.
Trzydzieści sześć.
Ja od lat nosiłam czterdzieści cztery.
Wieczorem położyłam pokrowiec na stole. Mąż zbladł, lecz szybko się uśmiechnął.
— Zepsułaś niespodziankę — powiedział. — To prezent dla ciebie.
— W rozmiarze trzydzieści sześć?
— Sprzedawczyni musiała się pomylić. Jutro wymienię.
Chciałam mu uwierzyć. Przez trzydzieści lat wierzyłam przecież we wszystko, co mówił. W delegacje, przedłużające się zebrania i nagłe wyjazdy służbowe. Nawet w to, że ostatnio zaczął częściej używać perfum, ponieważ „w pracy pojawili się nowi klienci”.
Następnego ranka Andrzej zabrał suknię i zapewnił, że odda ją do sklepu. Zanim wyszedł, zauważyłam jednak na podłodze małą kartkę, która musiała wypaść z pokrowca.
Było to potwierdzenie poprawek krawieckich. Obok rozmiaru zapisano nazwisko klientki: Beata Wysocka.
Beata była moją najlepszą przyjaciółką.
Znałyśmy się od czasów liceum. Była świadkiem na naszym ślubie. Po rozwodzie spędzała u nas niemal każdy weekend, a gdy zachorowała jej matka, pomagałam jej w zakupach i woziłam obie do lekarzy.
Zadzwoniłam do butiku. Powiedziałam, że mąż kupił niewłaściwy rozmiar i chciałabym wymienić suknię.
— To niemożliwe — odpowiedziała sprzedawczyni. — Kreacja była dopasowywana do konkretnej klientki. Pani Beata przymierzała ją dwukrotnie. Towarzyszył jej ten sam pan, który później odebrał zamówienie.
Nie pamiętam, jak zakończyłam rozmowę. Usiadłam na kuchennej podłodze i patrzyłam na nasze ślubne zdjęcie. Beata stała obok mnie, trzymając bukiet. Andrzej obejmował nas obie.
Wieczorem pojechałam do niej. Otworzyła dopiero po kilku minutach. W przedpokoju zobaczyłam walizkę, a na komodzie leżały bilety do hotelu w Sopocie.
— Jak długo? — zapytałam.
Najpierw zaprzeczała. Potem zaczęła płakać. W końcu przyznała, że spotyka się z Andrzejem od jedenastu miesięcy.
— Mówił, że wasze małżeństwo istnieje tylko na papierze — tłumaczyła. — Obiecał, że po sprzedaży twojej działki kupicie dwa mniejsze mieszkania. Jedno miało być dla was, a drugie dla nas.
Działkę dostałam po rodzicach. Andrzej od miesięcy przekonywał mnie, że powinniśmy ją sprzedać i odłożyć pieniądze na spokojną emeryturę. Nie planował jednak żadnej wspólnej przyszłości. Chciał rozpocząć nowe życie za moje pieniądze.
— Wiedziałaś, że działka należy do mnie — powiedziałam.
Beata spuściła wzrok.
— Andrzej twierdził, że po tylu latach wszystko jest wspólne.
Wróciłam do domu przed północą. Nie zrobiłam awantury. Następnego dnia wycofałam ofertę sprzedaży działki, przeniosłam oszczędności na własne konto i umówiłam się z prawnikiem.
W rocznicę ślubu Andrzej wrócił z bukietem róż. Na jego miejscu przy stole wisiała zielona suknia. Obok położyłam potwierdzenie poprawek, zdjęcie hotelowej rezerwacji i dokumenty rozwodowe.
— To nie tak, jak myślisz — zaczął.
— Masz rację. Myślałam, że zdradziłeś mnie tylko z przyjaciółką. Okazało się, że chciałeś jeszcze zapłacić za nowe życie majątkiem moich rodziców.
Andrzej próbował mnie objąć. Cofnęłam się.
Suknia rzeczywiście nie była w moim rozmiarze. Za to kłamstwo, które się pod nią ukrywało, było skrojone dokładnie na miarę człowieka, z którym przeżyłam trzydzieści lat.