Wypada siedzieć spokojnie. Wypada pilnować wnuków. Wypada chodzić do lekarza, na cmentarz i do sklepu z siatką na kółkach. Wypada mieć krótkie włosy, wygodne buty i żadnych wielkich pragnień.

Nie wypada zakochać się w mężczyźnie młodszym o piętnaście lat.

A już na pewno nie wypada zamieszkać z nim pod jednym dachem i powiedzieć dzieciom, że po sześćdziesiątce też można być szczęśliwą kobietą, a nie tylko matką, babcią i właścicielką apteczki.

Mam na imię Teresa. Przez trzydzieści siedem lat byłam żoną Henryka. Nie był złym człowiekiem, ale nie był też dobrym mężem. Był po prostu obecny. Siedział w fotelu, oglądał wiadomości, narzekał na zupę i uważał, że skoro nie pije i nie bije, to zasługuję na wdzięczność. Przez lata gotowałam, sprzątałam, pracowałam, wychowywałam dzieci i nie pytałam siebie, czego ja właściwie chcę.

Kiedy Henryk odszedł, wszyscy współczuli mi samotności. A ja przez pierwsze miesiące czułam głównie ciszę. Nie pustkę. Ciszę. Nikt nie pytał, dlaczego ziemniaki są za miękkie. Nikt nie przełączał telewizora, gdy oglądałam film. Nikt nie wzdychał, że znowu kupiłam kwiaty na balkon. Dopiero wtedy zrozumiałam, jak bardzo byłam zmęczona własnym małżeństwem.

Dzieci szybko uznały, że teraz jestem „do pomocy”. Córka, Aneta, podrzucała mi wnuki prawie w każdy weekend.

— Mamo, ty i tak jesteś sama. Przynajmniej będziesz miała zajęcie.

Syn, Paweł, dzwonił głównie wtedy, gdy trzeba było odebrać paczkę, przypilnować fachowca albo pożyczyć pieniądze.

— Mamo, przecież masz emeryturę i mało wydajesz.

Mało wydawałam, bo nikt nigdy nie nauczył mnie wydawać na siebie bez poczucia winy.

Kazimierza poznałam na basenie. Poszłam tam z zalecenia lekarza, bo bolały mnie plecy. On prowadził zajęcia dla seniorów, choć sam miał czterdzieści dziewięć lat. Wysoki, spokojny, z siwymi nitkami przy skroniach i uśmiechem, który nie robił ze mnie staruszki.

— Pani Tereso, proszę nie walczyć z wodą. Woda lubi spokój — powiedział podczas pierwszych zajęć.

— Ja całe życie z czymś walczyłam. Z wodą też sobie poradzę.

Zaśmiał się wtedy. Nie grzecznościowo. Prawdziwie.

Na początku rozmawialiśmy tylko po zajęciach. O książkach, o muzyce, o tym, że miasto zmieniło się nie do poznania. Potem zaprosił mnie na kawę. Odmówiłam. Nie dlatego, że nie chciałam. Dlatego, że od razu usłyszałam w głowie głos córki: „Mamo, nie rób z siebie pośmiewiska”.

Po tygodniu zaprosił drugi raz.

— To tylko kawa — powiedział. — Nie oświadczyny.

— Pan jest dużo młodszy.

— A pani bardzo szybko ucieka.

Poszłam.

Nie wydarzyło się nic wielkiego. Piliśmy kawę w małej cukierni, jedliśmy szarlotkę i rozmawialiśmy przez dwie godziny. Kiedy wróciłam do domu, zobaczyłam w lustrze kobietę zarumienioną jak dziewczyna. Przestraszyłam się własnej twarzy. Tego, że jeszcze potrafi wyglądać na szczęśliwą.

Spotykaliśmy się coraz częściej. Kazimierz nie udawał chłopca. Miał swoje przejścia, rozwód, dorosłą córkę, pracę, zmęczenie. Nie przychodził do mnie po pieniądze ani po opiekę. Przychodził, bo lubił ze mną być. Słuchał mnie. Pytał, czego ja chcę. To pytanie przez lata wydawało mi się luksusem.

— Czego ty chcesz, Tereso?

Na początku nie umiałam odpowiedzieć.

Potem zaczęłam się uczyć.

Chciałam chodzić do kina. Chciałam kupić czerwoną sukienkę. Chciałam jeść kolację o dwudziestej drugiej, jeśli miałam ochotę. Chciałam tańczyć w kuchni. Chciałam, żeby ktoś objął mnie nie dlatego, że czegoś potrzebuje, ale dlatego, że jestem dla niego ważna.

Po roku Kazimierz zaproponował, żebyśmy zamieszkali razem. Nie naciskał. Powiedział tylko:

— Nie chcę wracać co wieczór do pustego mieszkania, jeśli ty też nie chcesz wracać do swojego.

Bałam się powiedzieć dzieciom. Bardziej niż lekarza, choroby i wszystkich sąsiadek razem wziętych.

Zaprosiłam Anetę i Pawła na obiad. Ugotowałam rosół, upiekłam sernik. Chciałam, żeby było spokojnie, rodzinnie, normalnie. Kiedy powiedziałam im, że Kazimierz się do mnie wprowadza, najpierw zapadła cisza.

Potem Aneta odłożyła łyżkę.

— Słucham?

— Chcemy razem zamieszkać.

Paweł parsknął śmiechem.

— Mamo, ty żartujesz?

— Nie.

— Z facetem młodszym o piętnaście lat?

— Tak.

Aneta zrobiła minę, jakby na stole pojawiło się coś zepsutego.

— To jest obrzydliwe.

Słowo uderzyło mnie tak mocno, że przez chwilę nie mogłam oddychać.

— Co jest obrzydliwe?

— Mamo, proszę cię. Ty jesteś babcią.

— I co z tego?

— Babcie nie sprowadzają sobie młodszych facetów do domu.

— Babcie też są ludźmi.

Paweł wstał od stołu.

— On leci na mieszkanie?

— Nie.

— Na twoją emeryturę?

Zaśmiałam się gorzko.

— Moja emerytura jakoś wam nigdy nie przeszkadzała, kiedy trzeba było pożyczyć.

— Nie odwracaj kota ogonem — warknął.

Aneta miała łzy w oczach, ale nie były to łzy wzruszenia. To była złość.

— Co ludzie powiedzą? Co moje dzieci powiedzą, jak zobaczą obcego faceta u babci?

— Powiedzą: dzień dobry.

— Ty naprawdę nie widzisz, jak to wygląda?

— Widzę. Wygląda tak, że wasza matka nie chce już żyć tylko cudzym życiem.

— Po śmierci taty powinnaś mieć trochę szacunku.

Wtedy coś we mnie zadrżało.

— Do kogo? Do męża, który przez lata traktował mnie jak część wyposażenia kuchni?

Aneta pobladła.

— Jak możesz tak mówić o ojcu?

— Prawdę? Dopiero teraz mogę.

Paweł uderzył dłonią w stół.

— Nie pozwolę, żeby jakiś obcy facet kręcił się po mieszkaniu po ojcu.

— To mieszkanie jest moje.

— Ale kiedyś będzie nasze.

I wtedy zrozumiałam więcej, niż chciałam.

Nie chodziło tylko o moralność. Nie chodziło o wstyd. Nie chodziło nawet o pamięć po ich ojcu. Chodziło o to, że nagle przestałam być przewidywalna. Przestałam być samotną matką, którą można wezwać do wnuków, po pieniądze, po pomoc. Stałam się kobietą z własnym planem. A to dla moich dzieci było nie do przyjęcia.

— Wyjdźcie — powiedziałam cicho.

Aneta spojrzała na mnie z niedowierzaniem.

— Co?

— Skoro mój dom i moje życie są dla was obrzydliwe, wyjdźcie.

Wyszli. Paweł trzaskając drzwiami, Aneta płacząc tak głośno, jakbym to ja ją skrzywdziła.

Kazimierz wprowadził się miesiąc później. Przyniósł dwie walizki, kilka książek, stary ekspres do kawy i doniczkę z rozmarynem. Nie próbował przejąć domu. Nie przestawiał zdjęć Henryka. Nie śmiał się z moich przyzwyczajeń.

— To twój dom — powiedział. — Ja chcę w nim być gościem tak długo, aż pozwolisz mi poczuć się domownikiem.

Nauczyliśmy się wspólnego życia powoli. On parzył kawę rano, ja podlewałam jego rozmaryn. Chodziliśmy na spacery, robiliśmy naleśniki w sobotę, oglądaliśmy stare filmy. Czasem tańczyliśmy w kuchni. I właśnie wtedy pierwszy raz zobaczyła nas Aneta.

Weszła bez zapowiedzi, własnym kluczem, którego zapomniałam jej odebrać. Stałam boso na kuchennych płytkach, Kazimierz trzymał mnie w ramionach, a z radia grała stara piosenka. Nie było w tym nic wulgarnego. Nic złego. Tylko ciepło.

Aneta patrzyła na nas jak na przestępców.

— Naprawdę nie macie wstydu?

Odsunęłam się od Kazimierza.

— Aneta, mogłaś zapukać.

— Do domu mojej matki?

— Właśnie dlatego.

— Dzieci czekają w samochodzie. Miałam ci je zostawić na weekend, ale widzę, że jesteś zajęta.

— Nie ustalałaś tego ze mną.

— Kiedyś nie musiałam.

— Właśnie. Kiedyś.

Jej twarz stężała.

— Zmieniłaś się.

— Tak.

— Przez niego.

Kazimierz spokojnie odstawił kubek.

— Nie przeze mnie. Może po prostu pani mama wreszcie ma przestrzeń, żeby być sobą.

— Niech pan się nie odzywa. Dla mnie pan jest nikim.

— Dla pani może tak. Dla Teresy nie.

Aneta spojrzała na mnie z pogardą.

— Wnuki będą się z ciebie śmiały.

To zabolało. Bardzo. Ale nie pokazałam tego.

— Jeśli nauczysz je śmiać się z cudzej miłości, to będą.

Wyszła bez słowa. Tego samego dnia zabrała mi klucz.

Przez kolejne tygodnie dzieci milczały. Święta spędziliśmy z Kazimierzem sami. Upiekłam za dużo ciasta, nakryłam stół dla czterech osób, choć wiedziałam, że nikt nie przyjdzie. Udawałam, że to nic, ale kiedy wieczorem poszłam do łazienki, rozpłakałam się nad umywalką.

Kazimierz zapukał cicho.

— Tereso?

— Zaraz wyjdę.

— Nie musisz udawać przede mną.

Otworzyłam drzwi. Stał w korytarzu w swetrze, który sama mu kupiłam.

— Może oni mają rację — wyszeptałam. — Może ja naprawdę robię z siebie pośmiewisko.

Objął mnie delikatnie.

— Nie. Oni po prostu stracili wygodną wersję ciebie.

Te słowa zapamiętałam.

Najgorsze przyszło w lutym. Trafiłam do szpitala z bólem w klatce piersiowej. Okazało się, że to nie zawał, ale ciśnienie i nerwy zrobiły swoje. Kazimierz był przy mnie od razu. Przywiózł piżamę, ładowarkę, okulary, ulubioną herbatę. Siedział przy łóżku i trzymał mnie za rękę.

Aneta przyjechała wieczorem. Zobaczyła go przy mnie i aż poczerwieniała.

— Pan tu jeszcze jest?

— Jestem przy Teresie.

— To moja matka.

— Wiem.

— Rodzina powinna decydować o takich rzeczach.

Podniosłam głowę z poduszki.

— O jakich rzeczach?

Aneta usiadła przy łóżku i zaczęła mówić tym tonem, którym rozmawia się z dzieckiem albo starą osobą, której już nikt nie traktuje poważnie.

— Mamo, musimy uporządkować sprawy. Ty nie jesteś już najmłodsza. Może trzeba pomyśleć o pełnomocnictwie, o mieszkaniu, o tym, kto może podejmować decyzje, gdyby coś się stało.

Spojrzałam na nią długo.

— Przyszłaś do szpitala, żeby mówić o moim mieszkaniu?

— Nie przekręcaj.

— Leżę pod kroplówką, a ty chcesz zabezpieczać majątek?

— Chcę zabezpieczyć ciebie!

— Przed kim? Przed człowiekiem, który siedzi przy mnie od rana? Czy przed tym, że mogę sama zdecydować, komu ufam?

Aneta zaczęła płakać.

— On cię omotał.

— Nie. To wy przez lata omotaliście mnie obowiązkiem.

Wtedy do sali wszedł Paweł. Musiała do niego zadzwonić. Spojrzał na Kazimierza z nienawiścią.

— Proszę wyjść. To rodzinna sprawa.

Kazimierz wstał, ale ja ścisnęłam jego dłoń.

— Zostań.

Paweł zamarł.

— Mamo, nie rób scen.

— To wy robicie scenę przy moim łóżku.

— Martwimy się.

— Nie. Wy się boicie, że człowiek, którego nazywacie obrzydliwym, dał mi więcej czułości przez rok niż wy przez ostatnie dziesięć lat.

Cisza była straszna.

Aneta zakryła usta dłonią. Paweł odwrócił wzrok.

— To niesprawiedliwe — powiedział cicho.

— Może. Ale prawdziwe.

Po wyjściu ze szpitala zrobiłam coś, czego nigdy wcześniej bym się nie odważyła. Poszłam do notariusza. Nie przepisałam mieszkania na Kazimierza, jak pewnie podejrzewały dzieci. Nie zrobiłam nic głupiego. Sporządziłam testament i pełnomocnictwo medyczne. Jasne, rozsądne, zabezpieczające mnie, nie cudze oczekiwania.

Dzieci dowiedziały się przypadkiem i wybuchła kolejna awantura.

— Czyli już nam nie ufasz? — zapytał Paweł.

— Ufam wam jako dzieciom. Nie ufam wam jako ludziom, którzy chcą decydować za mnie.

— On cię nastawił.

— Nie. Życie mnie nastawiło.

Aneta powiedziała wtedy:

— Jeśli wybierasz jego, nie licz na nas.

To było jak nóż.

Przez chwilę chciałam ją błagać. Powiedzieć, że nikogo nie wybieram, że matka zawsze kocha dzieci, że przecież mogą istnieć obok mojej miłości. Ale nagle zobaczyłam, że oni nie chcą miejsca obok. Chcą całego mojego życia dla siebie.

— Nie wybieram jego zamiast was — powiedziałam. — Wybieram siebie zamiast waszej kontroli.

Nie odzywali się przez dwa miesiące.

Najbardziej tęskniłam za wnukami. Nie za awanturami, nie za pretensjami, ale za ich małymi rękami, za rysunkami, za pytaniami. Aneta zabroniła im do mnie dzwonić. Powiedziała, że „babcia musi przemyśleć swoje zachowanie”. Ja, sześćdziesięciopięcioletnia kobieta, zostałam ukarana jak niegrzeczne dziecko.

Pewnego dnia najstarsza wnuczka, Zosia, przyszła po szkole sama. Miała dwanaście lat i plecak większy od siebie.

— Mama nie wie, że jestem — powiedziała od progu.

— Zosiu, kochanie…

— Chciałam zobaczyć tego pana.

Kazimierz wyszedł z kuchni.

— Dzień dobry.

Zosia patrzyła na niego poważnie.

— Pan kocha babcię?

— Tak.

— A nie chce pan jej okraść?

Zakryłam twarz dłonią, ale Kazimierz odpowiedział spokojnie:

— Nie. Chcę, żeby jadła ciepłe śniadania i śmiała się jak najczęściej.

Zosia pomyślała chwilę.

— To chyba dobrze.

Usiadła z nami przy stole. Zjadła naleśniki. Potem powiedziała coś, co długo nosiłam w sercu:

— Babcia wygląda teraz młodziej. Mama mówi, że to wstyd, ale ja myślę, że babcia wygląda jak ktoś, kto lubi żyć.

Wieczorem Aneta zadzwoniła wściekła, że pozwoliłam Zosi przyjść.

— To twoja córka przyszła do mnie, bo za mną tęskni.

— Manipulujesz dzieckiem!

— Nie. Dzieci czasem widzą prościej niż dorośli.

Od tamtej pory coś powoli zaczęło pękać, ale już nie we mnie. W nich.

Paweł przyjechał pierwszy. Bez żony, bez dzieci, bez oskarżeń. Stał w przedpokoju i długo milczał.

— Przepraszam — powiedział w końcu.

Nie rzuciłam mu się od razu na szyję. Za dużo bolało.

— Za co?

— Za to, że traktowałem cię jak matkę na dyżurze, a nie jak kobietę.

Usiadł w kuchni. Kazimierz specjalnie wyszedł na spacer, żeby dać nam przestrzeń.

— Bałem się — przyznał Paweł. — Że on cię wykorzysta. Że stracimy mieszkanie. Że tata zostanie zastąpiony.

— Waszego ojca nikt nie zastępuje.

— Wiem. Ale łatwiej było mówić, że to obrzydliwe, niż przyznać, że nie umiem patrzeć na ciebie szczęśliwą z kimś innym.

To było pierwsze uczciwe zdanie od miesięcy.

Aneta potrzebowała więcej czasu. Kiedy w końcu przyszła, miała twarz zmęczoną i oczy czerwone.

— Nie umiem jeszcze tego zaakceptować — powiedziała.

— Nie musisz od razu.

— Ale nie chcę cię stracić.

— To przestań mnie karać za to, że żyję.

Rozpłakała się wtedy. Ja też.

Nie wszystko stało się nagle piękne. Aneta nadal czasem krzywi się, gdy Kazimierz obejmuje mnie przy stole. Paweł nadal bywa podejrzliwy. Sąsiedki nadal szepczą, że „na stare lata jej odbiło”. Ale ja już nie żyję dla ich szeptów.

Na emeryturze zamieszkałam z mężczyzną młodszym o piętnaście lat. Nie dlatego, że zwariowałam. Nie dlatego, że boję się samotności. Nie dlatego, że chcę udawać młodą dziewczynę.

Zamieszkałam z nim, bo przy nim przypomniałam sobie, że moje serce nie przeszło na emeryturę razem ze mną.

Moje dzieci mówiły, że to obrzydliwe.

A ja dziś myślę, że naprawdę obrzydliwe jest coś innego: oczekiwać od matki, że po wychowaniu dzieci ma już tylko czekać, aż będzie potrzebna do opieki, przelewów i świątecznych obiadów.

Ja nie chcę czekać na koniec życia.

Ja chcę jeszcze trochę pożyć.