Kranu nie można dokręcić? Pan Stefan pomoże. Rower dziecka ma przebitą dętkę? Pan Stefan zerknie. Starsza pani z trzeciego piętra nie może wnieść zakupów? Pan Stefan już idzie. Nigdy nie brałem pieniędzy. Gdy ktoś wciskał mi dwadzieścia złotych, machałem ręką i mówiłem:
— Dajcie spokój, sąsiedzi są po to, żeby sobie pomagać.
Moja żona, kiedy jeszcze żyła, śmiała się, że mam miękkie serce i za dobre ręce.
— Uważaj, Stasiu — powtarzała. — Ludzie szybko przyzwyczajają się do cudzej dobroci.
Ja wtedy odpowiadałem:
— Nie wszyscy są tacy źli.
Po jej odejściu pomagałem jeszcze więcej, bo cisza w mieszkaniu bolała bardziej niż zmęczone plecy. Kiedy szedłem komuś naprawić półkę albo wymienić żarówkę, czułem się potrzebny. Pani Krysia z parteru zawsze mówiła:
— Panie Stefanie, pan to anioł, nie człowiek.
Młodzi z drugiego piętra zostawiali mi klucze, żebym podlewał kwiaty, gdy wyjeżdżali. Pan Mirek z czwartego prosił, żebym odebrał mu paczkę albo popilnował psa. Robiłem to wszystko bez żalu. Myślałem, że buduję coś dobrego. Małą wspólnotę ludzi, którzy mogą na siebie liczyć.
Wszystko zmieniło się zimą, kiedy poślizgnąłem się przed blokiem i złamałem nogę. Leżałem w szpitalu tydzień, a potem wróciłem do mieszkania z gipsem, kulami i lękiem, którego nie chciałem nikomu pokazywać. Pierwszego dnia zadzwoniłem do pana Mirka.
— Sąsiedzie, mógłby pan zejść do apteki? Lekarz przepisał mi zastrzyki przeciwzakrzepowe. Ja sam nie dam rady — poprosiłem.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Oj, panie Stefanie, dziś nie bardzo. Mam sprawy. Może jutro?
Zadzwoniłem do młodych z drugiego piętra.
— Przepraszam, jesteśmy zajęci, ale może pan zamówi przez internet — usłyszałem.
Pani Krysia powiedziała, że „bardzo by chciała”, ale akurat źle się czuje.
Siedziałem przy kuchennym stole i patrzyłem na telefon. Nagle mieszkanie wydało mi się jeszcze większe i bardziej puste niż po pogrzebie żony. Tyle lat nosiłem cudze zakupy, pilnowałem cudzych mieszkań, naprawiałem cudze awarie, a teraz nie miał mi kto kupić leków. Wieczorem zadzwonił dzwonek. Otworzyłem z trudem, opierając się o ścianę. Za drzwiami stała mała Zosia z trzeciego piętra, dziewczynka, której kiedyś naprawiłem rower. Trzymała reklamówkę z apteki.
— Mama powiedziała, że pan potrzebuje lekarstw — wyszeptała.
Za nią stała jej matka, pani Aneta, zawstydzona i zmęczona.
— Przepraszam, panie Stefanie. Dopiero dziś się dowiedziałam. Inni mówili, że pan sobie radzi.
Wtedy coś we mnie pękło.
— Radzę sobie? — powtórzyłem cicho. — Całe życie słyszałem, że jestem wszystkim potrzebny. Wystarczyło, że przestałem być użyteczny na tydzień, i nagle zrobiło się cicho.
Pani Aneta spuściła głowę.
— Nie wszyscy są tacy sami.
— Wiem — odpowiedziałem. — Ale dziś pierwszy raz zrozumiałem, że dla wielu byłem nie sąsiadem, tylko darmową usługą z numerem mieszkania.
Następnego dnia w bloku wybuchła awantura. Pani Aneta napisała na grupie mieszkańców, że starszy człowiek, który od lat pomagał wszystkim za darmo, został sam bez leków i zakupów. Posypały się tłumaczenia. Pan Mirek przyszedł z mandarynkami.
— Panie Stefanie, niech się pan nie gniewa. Ja naprawdę miałem urwanie głowy.
— Urwanie głowy? — zapytałem. — A pamięta pan, jak o północy naprawiałem panu cieknącą rurę, bo bał się pan zalać sąsiadów? Też miałem wtedy głowę. I serce.
On zaczerwienił się i zaczął coś mamrotać.
Najbardziej zabolała mnie pani Krysia. Przyszła z ciastem i uśmiechem, jakby nic się nie stało.
— Panie Stefanku, ja wiedziałam, że pan silny chłop. Nie chciałam przeszkadzać. Spojrzałem na nią długo.
— Pani Krysiu, kiedy pani trzeba było wnieść węgiel do piwnicy, nie bała się pani przeszkadzać. Kiedy zepsuł się zamek, też nie. A kiedy ja potrzebowałem jednej torby leków, nagle zrobiłem się silny?
Ciasto zadrżało jej w dłoniach.
— To pan już nam nie pomoże? — zapytała.
I właśnie wtedy zrozumiałem, że nie przyszła przeprosić. Przyszła sprawdzić, czy darmowy pan Stefan nadal działa.
Odetchnąłem głęboko i powiedziałem:
— Pomogę, jeśli będę mógł. Ale już nie kosztem siebie. Nie nocą, nie za każdym razem i nie ludziom, którzy przypominają sobie o mnie tylko wtedy, gdy coś im cieknie, pęka albo trzeba coś wnieść. Jestem człowiekiem, nie narzędziownią na emeryturze.
Od tamtej pory wiele się zmieniło. Niektórzy przestali się kłaniać, bo moja dobroć nagle przestała być wygodna. Inni naprawdę zaczęli pytać, czy czegoś potrzebuję. A mała Zosia co sobotę przynosi mi gazetę i mówi:
— Panie Stefanie, mama pyta, czy zrobić panu zakupy.
I wtedy uśmiecham się, choć serce wciąż trochę boli. Bo najgorszą zapłatą za dobroć nie jest brak pieniędzy. Najgorsze jest odkrycie, że ludzie, którym pomagałeś z serca, przez lata traktowali twoje serce jak coś, co im się po prostu należało.